Logo Midrasza


  Dlaczego podziwiam Marka Edelmana

HENRI MINCZELES

 
Marek Edelman, fot. Ewa Maziarz

Marek Edelman
fot. Ewa Maziarz


Marka Edelmana nie znam bardzo dobrze. Mam jednak wiele wspomnień z nim związanych. Jedne z nich są wyraziste, inne - raczej ulotne, pozwalają mi jednak mówić o nim. Mieszkam we Francji, on w Polsce. Urodziłem się w Paryżu, on natomiast - w Warszawie. On nie mówi po francusku, ja nie znam polskiego. Na szczęście jednak prozumieliśmy się w jidysz, i było to dla mnie niezmiernie ważne.

        Nasze losy były całkiem odmienne: wprawdzie cierpiałem z powodu okupacji niemieckiej, nie da się jednak tego porównać z przeżyciami Marka, który nazistów poznał z bliska. Wszyscy ludzie mają przeszłość, jednakże jego przeszłość jest niezwykła, gdyż mając zaledwie dwadzieścia lat został drugim [po Anielewiczu] komendantem powstania w getcie warszawskim. Jest to mensz - Człowiek - który zapewne nie odczuwał ani nienawiści, ani namiętności. Zanim poznałem go osobiście, wiele o nim słyszałem. Doceniłem go natychmiast - gdyż był antybohaterem i, według mnie, Żydem nietypowym.

        Wyjaśnię, co mam na myśli. Gdy po raz pierwszy przeczytałem, w przekładzie jego relację z powstania w getcie warszawskim, spostrzegłem, że nie podkreśla on swoich zasług. Bund zwrócił się do niego z prośbą, by opisał tę epopeję, w której setki towarzyszy z Bundu walczyło z najpotężniejszą armią świata, mając pełną świadomość, że są skazani na śmierć. I właśnie po to, by nadać sens ich śmierci, Marek Edelman opowiedział o tej rozpaczliwej walce nie jako bohater, ale w przekonaniu, że należało ponieść taką ofiarę. [...] Znacznie później, gdy go poznałem, wyjaśnił mi, że po prostu był tam wtedy, w tej właśnie chwili, to znaczy w kwietniu 1943 roku, że trzeba to było zrobić, i że inni na jego miejscu postąpiliby tak samo. Zrozumiałem to zwłaszcza po przeczytaniu pięknej książki-wywiadu Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem, która ukazał się we francuskim przekładzie wiele lat później.

        Marek Edelman jest Żydem nietypowym dla kogoś, kto tak jak ja nie cierpi Żydów idących owczym pędem. Drażni mnie opinia, że nie wolno nam krytykować Izraela - pod pretekstem, że tam nie mieszkamy. Drażnią mnie ci, którzy hołdują tradycjom czysto religijnym, choć są niewierzący i podporządkowują się społeczności żydowskiej. Wyznają oni pogląd, że najdrobniejsze nawet wątpliwości osłabiają żydostwo, i że nie-Żydzi niechybnie podchwycą niepochlebny osąd, co "nie jest dobre dla Żydów";. W języku francuskim takich ludzi nazywa się bénioui [potakiwacze - przyp. tłum.]. Nie wiem, jak się ich nazywa po polsku. W każdym razie sądzę, że Marek Edelman mówi, co myśli i myśli to, co mówi. Jest to szczere i świadczy o tym, że Żydzi są różni. Czując się Żydem walczącym, lewicowym, niewierzącym i przywiązanym do diaspory - przyznaję sobie prawo do krytykowania, również swoich bliskich, choć oczywiści mam prawo się mylić. Właśnie z tych powodów ja, Żyd nietypowy, lubię Żydów, którzy również są nietypowi.

        Od czego mam zacząć? Prawdę mówiąc, nie przypominam sobie naszego pierwszego spotkania. Wydaje mi się, że Marek Edelman wszedł w moje życie wraz z książkami, które czytałem.

        Najpierw - gdy zapoznałem się z niewielką książeczką Michała Borwicza o powstaniu w getcie warszawskim, która ukazała się w 1966 roku. [...]

Minęły lata. Coraz więcej wiedziałem o szczegółach życia i śmierci warszawskiej społeczności żydowskiej, o międzywojennym życiu intelektualnym, a za każdym razem, gdy sięgałem po jakiś dokument, spotykałem na drodze Marka Edelmana. Byłem tym zainteresowany, tym bardziej, że moi rodzice przyszli na świat w Warszawie, na początku naszego wieku. [...]

        Gdy w Stoczni Gdańskiej powstała "Solidarność" z Lechem Wałęsą na czele, również spotkałem Marka Edelmana. Było to w 1980 roku. W dwa lata później ten niezależny i samorządny związek zawodowy rozpoczął nielegalną działalność, która nie mogła się spodobać ówczesnym władzom. Marek Edelman razem z "Solidarnością" zszedł do podziemia. Nie odważono się go jednak aresztować, gdyż stanowił symbol żydowskiego ruchu oporu.

        Później przeniesiono go - był wówczas zatrudniony jako kardiolog w łódzkim szpitalu - na wcześniejszą emeryturę. Pamiętam, że wywołało to protesty nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, a przede wszystkim we Francji. W wyniku naszych protestów przywrócono Marka Edelmana do pracy.

        W roku 1983 nakładem oficyny Editions du Scribe ukazał się francuski przekład książki Getto walczy uzupełniony o Zdążyć przed Panem Bogiem [fr. tytuł Prende le bon Dieu de vitesse]. Pamiętam, że mówiłem o tym w audycji żydowskiej radia paryskiego, jak również w wielu gremiach, zwłaszcza w WIZO i Bnei B'rith. [...]

        W dwa lub trzy lata później spotkałem Makra Edelmana u wspólnego przyjaciela, Szulima Rozneberga, którego córka była dobrą znajomą syna marka i współpracowała z nim. Edelman dużo palił i pił tego wieczoru, nie pamiętam czy to była wódka, czy whisky. Mówił warszawskim jidysz, jak moi rodzice. Dla mnie było to pewne urozmaicenie, gdyż na ogół rozmawiałem w jidysz z litwakami, którzy mają inną wymowę. Wspomniał lata przedwojenne, gdy należał do Skifu i do Cukunftu - młodzieżowych organizacji Bundu. Dałem mu wówczas kasetę z moją audycją radiową. Nie wiem, czy jej wysłuchał, bo nie znał francuskiego, ale to nie ma znaczenia. Po prostu chciałem mu coś ofiarować i nie wiedziałem - co. Zetknięcie z tym człowiekiem - niewielkim posturą lecz potężnym duchem - wywarło na mnie ogromne wrażenie.

        Gdy teraz myślę, moje postępowanie wydaje mi się śmieszne, gdyż nie należy wynosić ludzi na piedestał, a on sam, gdyby się o tym dowiedział, nie byłby z tego rad. [...]

        W 1993 roku ukazało się następne wydanie tej książki w Editions du Scribe i Liany Levi pod tytułem Mémoires du ghetto de Varsovie, un dirigeant de l'nsurrection raconte (Wspomnienia z getta warszawskiego. Opowiada przywódca powstania). Było to wydanie poszerzone, opatrzone przedmową wnikliwego historyka Pierre'a Vidala-Naqueta, posłowiem Marka Edelmana i dokładną chronologią. To nowe wydanie spotkało się z szeroki odzewem i o nim również wielokrotnie nie mówiłem przy rozmaitych okazjach.

        W 1994 roku wraz z żoną, kuzynem i jego wnukiem odbyliśmy pielgrzymkę do Polski. Przez tydzień mieszkaliśmy w Warszawie i stamtąd zrobiliśmy kilka króciutkich wypadów. Odwiedziliśmy Sterdyń - rodzinne miasteczko moich teściów - odległe o 15 km od Treblinki, dokąd również pojechaliśmy. Wyruszyliśmy do Krakowa, niezbyt dobrze znanego, a stamtąd naturalnie do Auschwitz i Brzezinki. Byliśmy też w Łodzi, na Bałutach, gdzie mój kuzyn - Michel Feldman - przebywał w getcie, zanim został deportowany do Auschwitz. Udało mu się przeżyć.

        Podczas pobytu w tym szarym, by nie rzec posępnym, mieście spotkaliśmy się z Markiem Edelmanem. Przyjął nas serdecznie. Rozmawialiśmy o polityce, o Polsce, Francji, perspektywach socjalizmu. Upłynęły lata. W październiku 1997 roku zorganizowałem wraz z przyjaciółmi obchody setnej rocznicy powstania Bundu. Wzięło w nich udział około pięciuset osób, a na zorganizowanym następnego dnia bankiecie na trzysta osób Marek Edelman przemówił do nas w jidysz [...]. Z Markiem Edelmanem spotkałem się raz jeszcze w Warszawie podczas konferencji naukowej poświęconej Bundowi, na którą zjechali najlepsi znawcy dziejów Bundu - historycy i socjologowie. [...] Marek Edelman wystąpił jako gość honorowy. Było to przemówienie żydowskiego socjalisty z Polski, który nie zapomniał o przeszłości i pozostaje wierny szczytnym ideałom swojej młodości. Było to dla mnie wzruszające przeżycie.

        Marek Edelman pozostał w Polsce, tutaj bowiem zginęła jego rodzina i przyjaciele. Podobnie jak Emanuelis Zingeris w Wilnie należy do tych Ostatnich Mohikanów, którzy są strażnikami bezimiennych grobów. Ale należy on również do tych, który - jak Feliks Tych z Żydowskiego Instytutu Historycznego - nie chcą by, żydowska Polska po Szoa stała się pustynią. Gdyby nie było tu Żydów, oznaczałoby to, że Hitler wygrał wojnę po raz drugi. Właśnie dlatego Marek Edelman uważa, że należy zostać w Polsce, która stała się już demokratycznym krajem. [...]

        W opublikowanej przeze mnie Historii Bundu przytoczyłem fragment, w którym Marek Edelman opowiada, jak wyglądał obchody 1 maja 1943 roku w ogniu walk powstańczych: "Wieczorem odbył się capstrzyk pierwszomajowy. Krótkie przemówienia. ŤMiędzynarodówkať. Na całym świecie o tej porze rozbrzmiewały jej potężne słowa. Lecz nigdy przedtem ŤMiędzynarodówkať nie była śpiewana w tak tragicznych okolicznościach, w miejscu, w którym ginął naród. Te słowa i melodia rozbrzmiewające echem w ruinach świadczyły o tym, że młodzież socjalistyczna walczy w getcie i nie zapomina o nich nawet w obliczu śmierci".

        Mam dwa zdjęcia Marka Edelmana. Pierwsze zamieściłem w swojej Historii Bundu. Na fotografii przedstawiona jest twarz młodzieńcza o zdecydowanych rysach, czarnych włosach, niedużym wąsie, niewzruszonym spojrzeniu. Można by rzec - kibucnik lub partyzant. Drugie zdjęcie, wykonane niedawno, przedstawia starszego, ponadsiedemdziesięcioletniego mężczyznę z podkrążonymi oczami, o twarzy zrytej głębokimi zmarszczkami. Spogląda bardziej miękko, raczej z zainteresowaniem niż niewzruszenie. Oba zdjęcia przedstawiają tego samego mężczyznę, lecz dzieli je półwiecze.

        Dlaczego podziwiam Marka Edelmana? Dlaczego podoba mi się jego upór? Ponieważ jest on wierny ideałom młodości: internacjonalizmowi, bundyzmowi, wartościom socjalizmu demokratycznego. Jest obywatelem polskim, którego ojczyzną jest cały świat. Jest socjalistą żydowskim, solidaryzującym się z uciskanymi narodami.


Przełożyła BS


HENRI MICZELES jest dziennikarzem i historykiem. Napisał m.in. Vilna. Wilno. Vilnius - la Jérusalem de Lituanie (Paryż, La Découverte, 1993) oraz Histoire générale du Bund, un mouvement revoltionnaire juif (Paryż, Denoël, 1995 i 1999). Wraz z Abym Wieviorką przełożył z jidysz pamiętniki (Ma Vie Wladimira Medema, najwybitniejszego teoretyka Budnu. Działa w gminie, jest byłym przewodniczącym Arbter Ring oraz pracownikiem żydowskiej Biblioteki im. Medema w Paryżu.






 (C) Midrasz 1998 - 2000. Wszelkie prawa zastrzeżone.