Logo Midrasza


       
  Spóźniona debata wokół książki Jana Tomasza Grosa
       
SERGIUSZ KOWALSKI


       
  W kwietniu zeszłego roku na konferencji w nowojorskim Yeshiva University Jan Tomasz Gross przedstawił referat: Żydzi i ich polscy sąsiedzi: sprawa Jedwabnego pod sowiecką okupacją w lecie 1941 roku [Wcześniej esej na ten temat Gross opublikował w księdze pamiątkowej, wydanej z okazji jubileuszu profesora Strzembosza: Europa nieprowincjonalna: przemiany na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej (Białoruś, Litwa, Łotwa, Ukraina, wschodnie pogranicze III Rzeczypospolitej Polskiej) w latach 1772-1999), Warszawa 1999 - S.K.]. Wkrótce w "Rzeczpospolitej" ukazał się artykuł Andrzeja Kaczyńskiego Całopalenie opatrzony podtytułem: W Jedwabnem zagłady Żydów Niemcy dokonali polskimi rękami. Prasa narodowo-katolicka - "Nasza Polska" i "Nasz Dziennik" - zareagowała niezwłocznie, drukując obszerne teksty Leona Kalewskiego i Jerzego Roberta Nowaka. Kalewski powoływał się na referat Grossa i jego wcześniejsze publikacje. Poinformował też, że "sprawa została nagłośniona w świecie przez wyjątkowo antypolskiego historyka żydowskiego Reubena Ainszteina" w książce Żydowski ruch oporu w Europie Wschodniej, okupowanej przez nazistów. Ukazały się kolejne artykuły i reportaże, m.in. w "Rzeczpospolitej", "Midraszu" i "Gazecie Pomorskiej". Jednocześnie Fundacja Pogranicze wydała w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy książkę Grossa Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka.

        Druga odsłona miała miejsce w listopadzie, kiedy głos zabrała "Gazeta Wyborcza". Krytyczny wobec Grossa artykuł Jacka Żakowskiego Każdy sąsiad ma imię, któremu towarzyszył wywiad z historykiem Tomaszem Szarotą [Profesor Tomasz Szarota jest autorem książki U progu Zagłady. Zajścia antyżydowskie i pogromy w okupowanej Europie: Warszawa, Paryż, Amsterdam, Antwerpia, Kowno, Warszawa 2000, która ukazała się jednocześnie z Sąsiadami Grossa - S.K.], spotkał się z szerokim odzewem. Publikacja ta zbiegła się w czasie z zebraniem zorganizowanym przez Jerzego Jedlickiego w Instytucie Historii PAN. Wywiązała się burzliwa dyskusja na łamach prasy. W różnych pismach ukazały się kolejne teksty, długie i krótkie - blisko siedemdziesiąt w prasie, do której mam dostęp, nie licząc notek i licznych listów od czytelników. Kiedy to piszę, pojawiają się kolejne, istotne teksty. Powraca nazwisko Grossa, który - jak twierdzą jedni - przerwał fatalne milczenie o tragedii sprzed lat, albo - jak wolą inni, nie mniej liczni - rozbudził drzemiące w swych legowiskach upiory.

        Nie chcę pisać o masakrze w Jedwabnem ani o roli, jaką odegrali tamtejsi Polacy. Moim celem, nieco innym niż większości zabierających głos, jest omówienie toczącej się debaty - zwrócenie uwagi na charakterystyczne wątki, style argumentowania, punkty sporne i nieporozumienia. Nie znaczy to, żebym nie miał własnego zdania lub zamierzał je ukrywać. Po prostu łatwiej mi je będzie wyrazić w trakcie relacjonowania stanowiska innych autorów. W dyskusji dostrzegam cztery zasadnicze wątki: faktograficzny, metodologiczny, etyczny i polityczny. Są one wielorako splecione, bo nie sposób oddzielić pytań o prawdę historyczną (faktografia) od tego, jak winniśmy tej prawdy dochodzić (metodologia, warsztat historyka), jakie będą skutki jej ujawnienia dla stosunków żydowsko-polskich, dla obrazu Polski i Polaków, dla dalszej debaty o odpowiedzialności jednostek i narodów etc. (wątki polityczno-etyczne) czy wreszcie - bo i o tym była mowa - dla budżetu niebogatej przecież III Rzeczypospolitej.

        Wiele omawianych publikacji to nie tyle teksty o Jedwabnem, co przede wszystkim polemiki z Grossem, który Jedwabne opisał, oraz polemiki z polemistami bądź teksty popierające ich stanowisko (niniejszy szkic należałby do czwartej generacji). Po wtóre, pojawi się w moim omówieniu pewna dysproporcja, z której zdaję sobie sprawę: mniej będzie o głosach popierających punkt widzenia autora Sąsiadów, a znacznie więcej o jego krytykach. Nie należy wyciągać stąd wniosku, że na wieść o polskiej zbrodni na Żydach zgodnym oburzeniem zareagowała cała opinia publiczna, od "Naszej Polski" po "Gazetę Wyborczą". Sprzeciwili się głównie historycy. Skoncentruję się na ich stanowisku łączącym warsztatowe komentarze z elementami ideologicznego przesłania.


        Fakty

        Większość polemizujących z Grossem historyków i publicystów nie zgłasza wątpliwości co do tezy podstawowej: w Jedwabnem zabijali Polacy. Żakowski wyznaje: "Po prostu trudno mi uwierzyć, że [...] coś takiego mogli zrobić ludzie. Zwykli, prości ludzie, Europejczycy, może nasi sąsiedzi". Szarota stwierdza: "Te niepodważalne fakty są tak wstrząsające, że nawet mnie - historyka, który dużo się naczytał i sporo pisał o różnych przejawach haniebnych zachowań Polaków pod okupacją niemiecką - zmuszają do zupełnie nowych konkluzji". I uzupełnia: "Moje stanowisko jest zupełnie jednoznaczne - uważam, że rację, jeśli chodzi o sprawców, ma Gross, nie Monkiewicz"; wyjaśnijmy, że ten ostatni to prokurator zajmujący się sprawą w latach 60., który - jak informuje Szarota - "konsekwentnie obstaje przy tym, że zbrodni na terenie Jedwabnego dokonali Niemcy przy niewielkim tylko udziale miejscowej ludności polskiej". Nie ma też wątpliwości dyrektor Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej Paweł Machcewicz: "Żydów zabijali ich sąsiedzi, Polacy" i dodaje: "Tych faktów prawie nikt nie kwestionuje".

        Pośrednio przyznają rację Grossowi inni oponenci - na przykład Zdzisław Krasnodębski na marginesie zjadliwej polemiki z Markiem Beylinem: oto Beylin domaga się odpowiedzialności zbiorowej za Jedwabne, co jest rażącą niekonsekwencją na łamach "Gazety Wyborczej", od lat zwalczającej najlżejsze sugestie o odpowiedzialności za komunizm. W kwestii, która nas interesuje, stwierdza Krasnodębski: "Całkowicie podzielam poglądy Beylina w tej konkretnej sprawie, o której pisze - mordu w Jedwabnem. Z tej strasznej zbrodni wynikają moralne zobowiązania. Ale...". Rozumiemy, że są to polskie zobowiązania. Podobnie postępuje historyk Marek Jan Chodakiewicz zarzucający Grossowi niezdolność oddzielenia prawdy od fikcji oraz nonszalanckie traktowanie faktów: "Teza Grossa o spontanicznym współuczestnictwie "społeczeństwa polskiego" w holokauście na przykładzie miasteczka Jedwabne jest nie do obrony". Chodakiewicz przypomina, że są inne relacje, które "wskazują na dużo większy udział niektórych członków ludności żydowskiej w sowieckim systemie władzy, a nawet w aparacie terroru", jednak zastrzega: "naturalnie nie usprawiedliwia to mordowania Żydów w lipcu 1941 roku, lecz pozwala pokazać motywy, jakimi kierowali się niektórzy sprawcy". O przypisywaniu szczególnej wagi motywom będzie jeszcze mowa; tu zauważmy, że "niektórzy sprawcy", o których pisze Chodakiewicz, to przecież nie Niemcy, ale Polacy, mieszkańcy Jedwabnego.

        Polemiści przyznają: tak, w Jedwabnem zabijali Polacy. Mnożą jednak wątpliwości degradujące pracę Grossa do poziomu emocjonalnej, nieodpowiedzialnej publicystyki przeciwstawionej ideałowi nauki - chłodnej, lecz szanującej fakty, cierpliwej i niepodatnej na koniunkturalne pokusy. W ich tekstach razi osobliwa niekonsekwencja. Z jednej strony dają do zrozumienia, że Gross zachował się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Ma za swoje, bo przekonany o własnej racji, wtargnął na grząski grunt nawarstwionych pokładów polsko-żydowskich animozji, domenę stereotypów, uprzedzeń i pretensji żywiących się obopólną ignorancją, ale też skomplikowanych i sprzecznych prawd cząstkowych. Jak twierdzi Żakowski, Gross zaprojektował "bombę atomową z opóźnionym zapłonem", która rozerwać ma na strzępy dobre samopoczucie Polaków: będzie to "koniec fałszywej pychy sprawiedliwych wojennej Europy, koniec mitu jedynych, którzy nie mieli nic wspólnego ze zbrodniami Hitlera". Lecz ci sami autorzy twierdzą z uporem, że podstawowego faktu - tego mianowicie, że Żydów w Jedwabnem wymordowali Polacy - nikt lub prawie nikt nie kwestionuje. Gdzież więc byłaby porcelana? Przecież mit jedynych sprawiedliwych wyklucza tę konkretną prawdę. Odnotujmy ambiwalentną postawę Żakowskiego: Gross projektuje i podkłada bomby, co zdaje się czynnością mało odpowiedzialną, ale mit i pycha, które mają one wysadzić w powietrze są fałszywe. Słuszny cel, lecz niegodna metoda?

        O micie, pysze i "polskiej obsesji niewinności" pisze w "Gazecie Wyborczej" antropolog Joanna Tokarska-Bakir, przypominając zarazem, jak mało zostało czasu na kolekcjonowanie "diabelskich szczegółów", za którymi tak nagle zatęsknili historycy. Wkrótce odejdą z tego świata ostatni świadkowie. "Nie niepokojeni przez historyków [...] zabiorą ze sobą do grobu wszystko, co byłoby jeszcze do opowiedzenia o szmalcownictwie i granatowej policji, o formacji Baudienst, w której służyła polska młodzież, o warszawskim pogromie wielkanocnym 1940 roku, o wydawaniu Żydów przez księży po spowiedzi [...], o Jedwabnem i Radziłowie, o niewinnym obrzędzie "palenia Judasza" w czasie wojny [...], o szklankach wody, sprzedawanych za złote monety Żydom, stłoczonym w "pociągach śmierci". Także o "akcji kolejowej" z roku 1945, w ramach której partyzanci Narodowych Sił Zbrojnych wyciągnęli z pociągów i rozstrzelali około 200 repatriantów Żydów, przesiedleńców ze wschodu [...], o powojennych zabójstwach Żydów wracających z wygnania do domów, o pogromie kieleckim i krakowskim i o setkach innych nierozpoznanych donosów wojennej i powojennej rzeczywistości. Stanie się tak niechybnie - chyba że pozostawiając historyków ich własnej powadze, postąpimy jak Jan Tomasz Gross i jednak zaczniemy o tym rozmawiać".

        W istocie już zaczęliśmy, i to od dobrych paru lat. Gross nie jest jedynym obrazoburcą. Kwestionuje zastane wyobrażenia Maria Janion prezentująca w "Tygodniku Powszechnym" i "Res Publice Nowej" szokujące poglądy na "kwestię żydowską" Krasickiego, Niemcewicza i Staszica. Abstrakcyjna wiedza o antysemityzmie w międzywojennej Polsce napełnia się konkretem pochodzącym z publikowanych coraz częściej relacji, wspomnień i szkiców biograficznych.

        Wolno wierzyć, że świadectwa będą się kumulować i z czasem przełożą na to, co bywa nazywane pamięcią zbiorową. O ileż jednak łatwiej zastosować do nich metodologiczną receptę Grossa, presumpcję prawdziwości - nie mówią wszak o masowym mordzie. Żakowski spodziewa się szoku. Ja sądzę raczej, że do znacznej części społeczeństwa prawda o Jedwabnem po prostu nie dotrze. Albo zostanie odrzucona, bo zbyt daleko wykracza poza obowiązujący schemat, wedle którego Polacy najdzielniej z narodów Europy ratowali Żydów (niemało było biernych, lecz to zrozumiałe w obliczu śmiertelnego zagrożenia), a czyny niegodziwe popełnili nieliczni szubrawcy, jacy się znajdą w każdej wielomilionowej zbiorowości.


        Jeszcze o faktach

        Rzekomo niekwestionowaną tezę o winie Polaków odrzuca historyk Tomasz Strzembosz, któremu, przypomnijmy, Gross dedykował swój wcześniejszy esej o Jedwabnem. W wywiadzie dla "Tygodnika Solidarność" na pytanie: "Bo, że zostali oni tam zamordowani rękami Polaków nie budzi już chyba żadnych wątpliwości?", odpowiada on: "Ależ budzi". Kontynuuje: "[...] są materiały, które każą mi domniemywać, że spalenia Żydów w stodole nie dokonała społeczność polska. Jestem w trakcie poszukiwania i gromadzenia relacji i myślę, że otrzymam je w niedługim czasie, ale mam już relację, bardzo ważną, potwierdzającą niemiecki udział w pogromie. Mój relacjonista to Polak, człowiek wykształcony, doktor ekonomii (nazwiska na razie nie mogę ujawnić) [...]". Lecz kilka akapitów dalej czytamy: "Według relacji, jaką posiadam, ci, którzy 10 lipca 1941 roku brali udział w spędzaniu Żydów na rynek w Jedwabnem, byli w dużym stopniu takimi ochotnikami-mścicielami" (chodzi o zemstę za współpracę z Sowietami). Spędzano na życzenie Niemców. Przyznam, że nie rozumiem logiki, wedle której obecność, a nawet czynny udział Niemców wykluczać ma udział w zbiorowym mordzie polskiej społeczności. Rozumiem natomiast tezę Strzembosza: rozgoryczeni Polacy pomagali zgromadzić Żydów, lecz kaźni dokonali Niemcy. Strzembosz powątpiewa w świadectwo Żydów, "którzy przede wszystkim chcieli się chronić, nie byli spokojnymi, obiektywnymi obserwatorami"; zwłaszcza relacja Wasersztajna "wydaje mi się - mówi - za wielka, za obszerna, za "dobrzewiedząca'". Jego świadek jest lepszy - należy rozumieć, że mordowaniu Żydów przyglądał się spokojnymi oczami niezaangażowanego obserwatora, nadto ma naukowy tytuł.

        Historycy twierdzą, że nie znają szczegółów, a więc nie znają prawdy, co chętnie komunikują mediom. W odbiorze publicznym znaczy to tyle, że nic jeszcze nie wiadomo. Może zawinili nieliczni podjudzeni przez Niemców chuligani, męty i element przyjezdny, ale żeby zaraz społeczeństwo? W końcu byli tam, czy nie - pyta w "Rzeczpospolitej" Chodakiewicz - "policjanci niemieccy z batalionów 316 i 322, względnie z tzw. Białystok Einsatzkommando/Kommando Białystok"? Gross twierdzi, że nie, ale czy ma rację? A zresztą, może to wszystko nieprawda? Wątpliwości natury praktycznej ma czytelnik "Gazety Wyborczej": "Jestem ciekaw - pyta - ile osób liczyło to "społeczeństwo", które pod okupacją hitlerowską mogło spędzić z całego miasteczka 1600 osób i podpalić stodołę z takim tłumem ludzi? Jak duża była ta stodoła, że pomieściła aż 1600 osób? Czy układano ludzi jak snopy zboża jeden na drugim? To jest niewyobrażalne! Albo u mnie brak jest wyobraźni" (jednak sam Strzembosz mówi o dużych stodołach na tym terenie).

        W depeszy PAP z 31 sierpnia 2000 roku o wszczęciu śledztwa przez Instytut Pamięci Narodowej dominuje tryb przypuszczający: "mordu [...] w Jedwabnem na ziemi łomżyńskiej mieli się dopuścić tamtejsi mieszkańcy [...]. Polacy z Jedwabnego i okolic mieli, przy bierności Niemców, spalić ok. 1,6 tys. Żydów w jednej ze stodół za "udział Żydów w stalinowskich represjach"". Nie dziwi ostrożność agencji - wszak trwa spór autorytetów.


        "Cóż za lizusowski oportunizm u tego kapłana"

        Nie wierzą rzecz jasna Grossowi publicyści prasy narodowo-katolickiej. Nie lekceważyłbym ich głosu; zważywszy powszechną dostępność "Naszego Dziennika" (kilkaset tysięcy egzemplarzy dziennie) i "Naszej Polski" (kilkanaście tysięcy tygodniowo) nie widzę powodów, żeby z grona liczących się dyskutantów wykluczyć Leona Kalewskiego, Jerzego Roberta Nowaka albo publicystów "Głosu", "Myśli Polskiej" i podobnych pism. We wprowadzeniu do artykułu Nowaka czytamy: "Na łamach prasy w Polsce ożyła ostatnio sprawa rzekomego udziału Polaków w zbrodniach na ludności żydowskiej w czasie II wojny światowej. Kilka dni temu (5 maja) "Rzeczpospolita" opublikowała artykuł Całopalenie, oskarżający ludność polską w Jedwabnem na ziemi łomżyńskiej o wykonanie 10 lipca 1941 r. wyroku śmierci na ponad 1500 miejscowych Żydach. "Historykom polskim postawiono zarzut zatajania i fałszowania przeszłości, by ukryć udział Polaków w zbrodni. Publikacja ta zbiegła się w czasie z rzekomymi "incydentami antysemickimi" podczas marszu żywych na Majdanku, za które natychmiast przeprosił premier Jerzy Buzek". Ostatnie zdanie jest charakterystyczne - aktualizuje problem, odnosząc go do współczesnych realiów, wskazuje na nieprzypadkową sekwencję wydarzeń, czyli plan realizowany pospołu przez media i nadgorliwego premiera.

        W "Głosie" Ryszard Bender cytuje zdanie księdza Michała Czajkowskiego, współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów: "to był naprawdę straszliwy mord dokonany na Żydach przez ich polskich, katolickich sąsiadów", a następnie komentuje: "Cóż za lizusowski oportunizm u tego katolickiego kapłana! Ulega on bezkrytycznie zawartym w książce Grossa fantasmagoriom i kłamstwom".

        Obalając oszczerstwa Grossa, redaktor naczelny "Myśli Polskiej" Jan Engelgard powtarza argument finansowy i wprowadza dodatkowy wątek: "sprawa Jedwabnego była już wyjaśniona przez historyków w okresie PRL, a sądy polskie, po 1945 roku, ukarały polskich współuczestników tej zbrodni". Może skądinąd zaskakiwać wiara niepodległościowego pisma w rzetelność, ba, polskość sądów PRL. Owszem, "Nasz Dziennik", a zwłaszcza "Nasza Polska" i "Głos" nie żyją dobrze z "Myślą Polską" uznawaną przez nie za pismo o orientacji prorosyjskiej. Jednak i u Nowaka znajdujemy podobną opinię: "Bezkrytycznie akceptując relację Wasersztajna, Gross ani słowem nie wspomniał o dotychczasowych polskich badaniach całej sprawy, w tym o parokrotnie publikowanych uwagach prokuratora Waldemara Monkiewicza, byłego szefa Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, który dokładnie badał całą sprawę. Nie wspomniał, jak się zdaje, dlatego iż stwierdzenia prokuratora Monkiewicza natychmiast obaliłyby gmach fałszów zbudowany dzięki całej relacji Wasersztajna". Jak widać, cytowanie ocalonego Żyda jest bezkrytyczne, zaś prokuratora PRL w pełni usprawiedliwione.

        Fakty można negować na wiele sposobów, a prasa antysemicka dysponuje w tym zakresie bogatym i przećwiczonym repertuarem środków formalnych. Do najczęściej używanych należy demaskacja, czyli ujawnienie prawdziwych motywów. Wspomniani autorzy i pisma robią to od lat, więc sprawa Jedwabnego nie jest dla nich szczególnym wyzwaniem - pisali też o poprzedniej książce Grossa, Upiornej dekadzie. Ich język obfituje w zawsze te same, ciężkie przymiotniki, jest monotonnie napastliwy, rutynowo egzaltowany. Sądzę, że autorom tym, paradoksalnie, łatwiej o nieemocjonalny stosunek do przeciwnika, gdyż przywykli do uprawianej z mozołem, dzień po dniu, retoryki świętego oburzenia.

        W dziele demaskacji szczególnie przydatne są autorytety zewnętrzne, a zwłaszcza żydowscy intelektualiści krytyczni wobec Izraela i instytucji amerykańskiej diaspory. Nowak odwołuje się do "monumentalnego dzieła dokumentalnego Jews in Poland, ze wstępem znanego sowietologa żydowskiego pochodzenia - profesora Richarda Pipesa". Przypomina, że chodzi o pieniądze, "przed czym parę tygodni temu ostrzegał wybitny żydowski politolog w USA N. Finkelsztejn w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej"". Odwołań takich pojawia się w tej prasie mnóstwo, w niemal każdym tekście na tematy żydowskie. Warto zauważyć, że także Chodakiewicz w "Rzeczpospolitej" z upodobaniem podkreśla narodowość cytowanych autorów: "Doktor Samuel Gringauz, również niedoszła ofiara zagłady, pisał dużo bardziej dosadnie [niż inny żydowski naukowiec], w periodyku "Jewish Social Studies'" o powojennym zalewie biograficznej fikcji. I dalej: "Powstaje pytanie - twierdzi żydowski historyk - czy uczestnicy epoki, która tak wstrząsnęła światem, mogą w ogóle być jej historykami i czy nadszedł już czas, że możemy się spodziewać prawdziwych sądów historycznych, wolnych od chęci zemsty i innych niskich instynktów".

        Wedle publicystów antysemickiej prasy w kwestii Jedwabnego Żydzi jak zawsze kłamią, jak zawsze z dwóch powodów: z nienawiści do Polaków i dla pieniędzy. Powołując się na profesora Pogonowskiego z USA, pisze Nowak: "to wszystko jest tylko grą wstępną zmierzającą do ułatwienia nacisków na wypłatę przez Polskę jak największych "odszkodowań za żydowskie mienie"". Pisze też: "Światowy Kongres Żydów chce szantażami zmusić Polskę do wypłaty kilkudziesięciu miliardów dolarów Żydom. W tym celu robi się wszystko, by upokorzyć Polskę, czym wprost otwarcie zagroził naszemu krajowi już parę lat temu jeden z czołowych przywódców żydowskich". Książki Grossa - wyjaśnia Nowak - to zwyczajna propaganda mająca ułatwić "wymuszanie od rządu polskiego haraczu za zbrodnie dokonane w Polsce przez Niemców, Sowietów i kryminalistów". Jego zdaniem "w tym kontekście [krzyż papieski na żwirowisku, nagłaśnianie rzekomych incydentów antyżydowskich] należy też widzieć próby nagłego zaatakowania Polaków przez odpowiednio tendencyjne zniekształcenia i nagłośnienie wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, o których, mimo ich dziś tak mocno akcentowanej wagi, sami Żydzi prawie nie mówili przez kilkadziesiąt lat. Dziś za to je odpowiednio retuszując, przypisują za wszystko co najgorsze winę oczernianym Polakom".

        W styczniowej "Naszej Polsce" nadworny poeta skrajnej prawicy Leszek Czajkowski pisze patriotycznym wierszem: "Jakiś Gross się na nas zaciął, / Grzmią Wyborczej jęki stadne, / Że Polacy Starszym Braciom / Urządzili rzeź w Jedwabnem. / Przeczytałem więc "Sąsiadów", / Pisarz nić wypadków mota. / Ani ładu, ani składu, / Kropla faktów - kubeł błota. / Lecz wiadomo, o co chodzi / Autorowi nudnej książki. / W antypolskich bzdur powodzi / Walka idzie o pieniążki. / Płacą więcej niż są w stanie / Kraje, gdy je opluć sprytnie. / Na strzelistym Manhatanie / Holokaustu biznes kwitnie". Czajkowski co tydzień niezawodnie wyławia najbardziej aktualne tematy, ma też dar ujęcia w kilku dobitnych zdaniach tego, co kolegom piszącym prozą zajmuje zwykle wiele stron.

        Wierszyk ten to przykład wypróbowanej, szeroko eksploatowanej w tych pismach figury stylistycznej, jaką jest ironia łączona w zmiennych proporcjach z ostentacją. Ironia bywa jawnym szyderstwem, ale często pozwala "dać cynk", zaprzeczyć nie przecząc, powiedzieć nie mówiąc. W "Naszej Polsce" Kalewski kwestionuje wartość zeznań ocalałego Żyda, szydząc: "Przypatrzmy się uważniej relacji owego Szmula. Według niego do Jedwabnego przybyło zaledwie ośmiu(!) gestapowców, którzy w dodatku jakoby nie bardzo wiedzieli, co zrobić z miejscowymi Żydami. Odbyli zatem "naradę" z przedstawicielami władz miasteczka. Gdy Polacy natarczywie upierali się, że trzeba wszystkich Żydów zgładzić, to wówczas Niemcy okazali się prawdziwymi Europejczykami, prawie przyjaciółmi Żydów, pragnąc zostawić przy życiu jedną rodzinę żydowską "z każdego zawodu". Ale Polacy... nie zgodzili się na to!". I pisze dalej Kalewski: "Polacy mają już gotowe (niezbyt subtelne zresztą) narzędzia zbrodni, np. "specjalne kije nabijane gwoździami" i "inne narzędzia tortur". Przypomina to jakieś wydarzenia prawie z epoki kamienia łupanego, w której troglodyci posługiwali się prymitywnymi maczugami... Czy jest w ogóle możliwe, aby Niemcy pytali gdziekolwiek miejscową ludność w podbitych przez siebie krajach, jakie ma ona zamiary wobec Żydów? Hm, bardzo ciekawa interpretacja holokaustu!". I konkluzja: "Taka teoria mogła powstać w głowie nieszczęśnika o niezbyt lotnym umyśle, pełnego uprzedzeń wobec Polaków, okrutnie potraktowanego przez los".

        Tak upada koronny argument Grossa, świadectwo Wasersztajna. "Rzecz znamienna - powiada niezgodnie z prawdą Nowak - jedynym świadectwem, na jakim oparł się Gross w swym oskarżeniu pod adresem Polaków z Jedwabnego, jest oskarżająca ich o wymordowanie 1500 - 1600 Żydów relacja Szmula Wasersztajna". I jeszcze: "Trudno zrozumieć, czym - poza antypolską tendencyjnością - kierował się J.T. Gross, czyniąc właśnie z relacji Wasersztejna swój główny i zarazem jedyny dowód "polskiej zbrodni"". "Nasza Polska", "Głos", "Nasz Dziennik" i "Myśl Polska" nie twierdzą wprost, że Żydów w Jedwabnem nie mordowali Polacy. Jedynie mnożą wątpliwości, szydzą. Zarazem sugerują własną kompetencję, zarzucając czytelnika mnogością liczb, dat, cytatów i utytułowanych nazwisk.

        Co do prawdy historycznej warto odwołać się do książki Tomasza Szaroty omówionej ostatnio w "Polityce" przez Stanisława Podemskiego. Mamy okazję zapoznać się z rozkazem z 2 VII 1941 roku szefa policji bezpieczeństwa i SD Heydricha: "Nie należy stawiać przeszkód dążeniom do samooczyszczenia występującym w antykomunistycznych i antyżydowskich kręgach na nowo zajętych obszarach. Przeciwnie, należy im sprzyjać, nie pozostawiając śladów, w taki sposób, żeby miejscowe "koła samoobrony" nie mogły powoływać się na rozporządzenia lub udzielone polityczne przyrzeczenia".

        Trzeba też przypomnieć oparte na licznych relacjach opracowanie Szymona Datnera z roku 1966, zatytułowane: Eksterminacja ludności żydowskiej w okręgu białostockim ["Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego", Warszawa, grudzień 1966 - S.K.]. Datner obciąża odpowiedzialnością niemieckie "grupy operacyjne". Jednak stwierdza: "Często działały [one] przy pomocy "tubylczych" formacji policyjnych, zorganizowanych spośród miejscowych zdrajców, faszystów, degeneratów lub kryminalistów. Niekiedy grając na najniższych instynktach, oddziały te organizowały wybuchy "gniewu ludu", dostarczając przy tym broni, dając wskazówki, nie biorąc jednak same udziału w rzezi. Z reguły fotografowali rozgrywające się sceny, by mieć dowody, że Żydzi są znienawidzeni nie tylko przez Niemców". Wylicza masowe mordy i pogromy wraz z datą i liczbą ofiar: Wąsosz, Jasionówka, Rajgród, Kolno, Goniądz, Szczuczyn i Korycin, gdzie "wójt Kudrec wydał Niemcom listę komsomolców, poza tym wysłał do władz niemieckich petycję o wymordowanie Żydów". Pisze: "Dnia 7 lipca 1941 r. spalono żywcem zamkniętych w stodole niemal wszystkich Żydów miasteczka Radziłów (pow. Grajewo). Dn. 11 lipca zginęło w ten sam okrutny sposób ok. 1500 mieszkańców m. Jedwabne, wśród nich uciekinierzy z uprzednich pogromów, np. w Wiznie itp.".

        Datner formułuje zarzuty pod adresem Polaków ze zrozumiałą ostrożnością (pamiętajmy, że wkrótce rozegrać się miał Marzec '68). Zastrzega wielokrotnie, że zabijały "męty spośród miejscowej ludności" za niemieckim poduszczeniem, że Niemcy mają na sumieniu nieporównanie więcej ofiar i ponoszą odpowiedzialność za wszystko, co się wówczas wydarzyło. Mimo to - i mimo akcentów zgodnych z obowiązującą wówczas retoryką walki klas - artykuł Datnera powinien przyciągnąć uwagę historyków. Nikt jednak nie wszczął badań ani śledztw po roku 1989, kiedy znikły cenzuralne ograniczenia. To zdumiewające.


        Gross szkodzi Polsce

        Myśl ta pojawia się u tak różnych autorów, jak Jerzy Robert Nowak, Leon Kalewski i Jan Engelgard, oraz Jacek Żakowski i Ryszard Bugaj. Pierwsi trzej nie mają wątpliwości: tacy jak Gross z nadzieją zysku w postaci forsy bądź wpływów wysługują się międzynarodowej żydomasonerii. Dwaj pozostali zupełnie szczerze obawiają się przykrych reperkusji rychłych obcojęzycznych edycji Sąsiadów. Żakowski pisze: "Ta książka to bomba atomowa z opóźnionym zapłonem [...] niebawem ukaże się [ona] także w Stanach Zjednoczonych, a potem zapewne w Niemczech i w paru innych krajach". Bugaj, niezależny socjalista, dochodzi do swoich tez w dłuższym wywodzie podporządkowanym w całości podstawowemu celowi, którym jest obrona Polski i Polaków.

        Powiada najpierw, że polski antysemityzm wygasał w XX wieku: "Temu procesowi - nie bez ważnych wyjątków - sprzyjało państwo polskie już w okresie międzywojennym, sprzyjało też państwo podziemne, a nawet dyktatorskie państwo komunistyczne. To pozytywnie odróżnia Polskę nie tylko od Niemiec i Austrii, ale też od Francji, Węgier, Litwy czy Słowacji, gdzie w różnych okresach państwo (z reguły na wpół suwerenne) stawało się instrumentem prześladowania Żydów, a rządy tych krajów (choć autorytarne) cieszyły się przecież szerokim poparciem obywateli". W wyliczeniu tym zastanawia pominięcie Rumunii, która ze swoją Żelazną Gwardią Codreanu pasowałaby do tezy jak ulał. Bugaj przeskakuje do epoki Gomułki: "W Polsce bolesny i obrzydliwy incydent zaangażowania państwa w antysemityzm miał miejsce w 1968 r. Ale właśnie Marzec '68 pokazał, że antysemityzm nie jest już w Polsce problemem nabrzmiałym. Uniwersytet Warszawski, przed wojną ostoja ONR-owskich bojówek, w Marcu 1968 roku był solidarny ze "swoimi syjonistami". Przykrawanie opisu do tezy jest tu jeszcze wyraźniejsze. Z kawałków prawd i opuszczeń klei Bugaj osobliwy obraz: przed wojną było lepiej niż we Francji, zarazem gorzej niż za Gomułki, bo wtedy szalał ONR, a za Moczara nie szalał.

        Od tezy o zanikaniu antysemityzmu, wzmocnionej skądinąd prawdziwym twierdzeniem, że "trudno usłyszeć dziś w Polsce postulat ograniczenia czyichś praw z powodu żydowskiej narodowości", przechodzi Bugaj do dalszych wniosków. Jego zdaniem nie ma antysemityzmu, ale spotyka się postulat pozbawienia Żydów domniemanych przywilejów. "Nieraz kryje się za tym motywowane antysemicko dążenie do dyskryminacji. Ale nie wolno przyjmować, że tak jest w każdym przypadku". Bowiem Żydzi trzymają z sobą, co Bugaj tłumaczy następująco: "Więzi etniczne, jak każde inne, są realnym faktem socjologicznym i nie można zaprzeczać, że w życiu publicznym prowadzą nieraz do wzajemnego wspierania się. Mamy tu do czynienia z przysłowiowym telefonicznym notesem". Po tej mocnej tezie następuje seria zastrzeżeń: "Oczywiście antysemici nagminnie wyolbrzymiają takie przypadki i często głoszą, że tylko żydowska grupa etniczna wytwarza więzi i grupową solidarność. To ewidentne kłamstwo [...]". Bugaj dystansuje się od antysemitów, po czym może kontynuować: "[...] kłamstwo, ale głoszone często skutecznie, ponieważ znaczna odrębność kulturowa i dziedzictwo Zagłady mogą sprzyjać ściślejszym więziom i większej solidarności". Retoryczna konstrukcja "tak, ale...ę pojawia się raz za razem, w niebywałym zwielokrotnieniu, jakby autor bał się własnych słów i musiał je nieustannie usprawiedliwiać, np. tezę o znacznej odrębności kulturowej Żydów od nie-Żydów.

        Zgodnie z założoną tezą Bugaj podkreśla marginalny charakter i śmieszność dzisiejszego antysemityzmu - sam odnajdywał się na "listach Żydów". Przechodzi do konkluzji. Wedle pierwszej, ogólnej, "nadal szeroko rozpowszechniony stereotyp antysemickiej Polski jest niesprawiedliwy i wyrządza Polsce realne szkody. Podtrzymują go często przedstawiciele krajów, które w okresie ostatniej wojny kolaborowały z hitlerowskimi Niemcami i przyczyniły się do zagłady Żydów. Do czarnego obrazu Polski przyczyni się też publikacja na Zachodzie książki Grossa". Wedle drugiej, szczegółowej, "stereotyp antysemickiej Polski utrwalają nie tylko emocje, zresztą zrozumiałe. Wspierają go też potężne interesy. Kilka krajów dzięki temu odwraca w pewnym stopniu uwagę od mrocznych kart własnej historii. Podtrzymanie tezy o antysemickiej Polsce służy także uzasadnieniu roszczeń majątkowych wobec Polski". Okazać się więc może, że "rząd polski może zostać zmuszony (jak poprzednio rząd Szwajcarii) do przekazania kilku miliardów dolarów na odszkodowania dla polskich Żydów, a ściślej mówiąc, dla ich spadkobierców i być może dla organizacji podejmujących całą akcję". Z drugiej strony patrząc, "przekonanie, że biedna Polska pod presją żydowskich środowisk musi wziąć na swe barki wielkie ciężary materialne (i dźwigać krzywdzącą opinię), może bardzo zaszkodzić stosunkom polsko-żydowskim. Może realnie pobudzić nową falę antysemityzmu".

        Gdybym nawet był (w istocie jestem) przeciwny reprywatyzacji wykraczającej poza model RFN czy Węgier, nie rozumiem, dlaczego zbadawszy sprawę Jedwabnego, Gross miałby powstrzymać się od wydania książki na ten temat. Czyżby zatajenie fatalnej prawdy sprzyjało umacnianiu stosunków polsko-żydowskich? Jeśli zaś Gross napisał nieprawdę, czy nie należałoby zamiast wyrażać niejasną troskę - sprostować jego opinie?


        "Historikerstreit"

        Dżentelmeni nie dyskutują o faktach. Historycy wprost przeciwnie, co z zasady trudno mieć im za złe - taka jest natura ich profesji, podobnie zresztą jak każdej dyscypliny społecznej, humanistycznej, przyrodniczej i ścisłej. Jednak fakty historyczne budzą zwykle żywsze zainteresowanie opinii publicznej, a sami historycy występują - zauważmy - w podwójnej roli naukowców i publicystów. Niekiedy łączą te role w sposób moim zdaniem niefortunny, uderzając w mentorskie tony, przemawiając ex cathedra w imieniu czystej nauki i dostojnych instytucji. Czasem obrażają się całkiem jak zwykli ludzie.

        O temperaturze sporu w gronie osób uznających przecież polską winę w Jedwabnem świadczy post scriptum Szaroty do jego wypowiedzi w "Gazecie Wyborczej": "Uczestnikom zebrania z udziałem J. T. Grossa w instytucie noszącym imię prof. Tadeusza Manteuffla, gdzie od 38 lat pracuję, muszę szczerze wyznać, że stało się ono jednym z najbardziej przykrych doświadczeń w moim życiu. Ale spotkanie to wzbogaciło też moją wiedzę o ludzkiej naturze. U jednych dostrzegłem pychę, tupet, brak odpowiedzialności za słowo, zacietrzewienie, tkwiące w nich głębokie urazy, u innych - brak lojalności i cywilnej odwagi. Nauczkę tę będę długo pamiętał". Słowa te, niezbyt zrozumiałe dla ponad pół miliona czytelników "Gazety Wyborczej", w większości nieobecnych na sesji w IH PAN, nie świadczą o akademickim dystansie. Raczej o ledwie powściąganych emocjach.

        Z dotyczącej tejże sesji relacji w "Kurierze Porannym" ukazującym się w Białymstoku, Łomży i Suwałkach (w tych okolicach leży Jedwabne) wynotowałem, co następuje: "Gross oparł się głównie na relacji Szmula Wasersztajna oraz zeznaniach 21 oskarżonych w procesie o mordowanie Żydów w Jedwabnem, który odbył się w Łomży w 1949 roku. Prof. Tomasz Szarota wskazał, że literatura w sprawie mordu w Jedwabnem jest o wiele bogatsza. Istnieje jeszcze zbiór relacji z archiwum Szymona Datnera z Żydowskiego Instytutu Historycznego. Szarota wielokrotnie przywoływał też publikacje Waldemara Monkiewicza, byłego szefa Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Białymstoku"; "Monkiewicz w latach 60. prowadził śledztwo w sprawie mordu w Jedwabnem. [...] w "Karcie" z 1991 roku Monkiewicz wyjaśnia, dlaczego w 1949 roku sąd w Łomży skazał kilkunastu jedwabińskich Polaków za mordowanie Żydów: - Ci ludzie musieli być skazani [...] To były czasy Jakuba Bermanaę; "Prof. Szarota nie bronił wprawdzie ustaleń Monkiewicza, jednak zauważył, że ewentualny udział w tej zbrodni oddziału Birknera został całkiem pominięty przez Grossaę.

        "Gross napisał bardzo złą książkę, która jednak spełniła dobrą rolę - mówił z kolei doc. Jerzy Eisler z Instytutu Historii PAN. - Wyrzuciłbym za drzwi studenta, który przyszedłby do mnie z taką pracą magisterską" - to w sprawie metodologii. "Jest stereotyp, że Żydzi budowali bramy triumfalne dla Sowietów - mówił Eisler. - Pan [Gross] postąpił podobnie jak polscy antysemici, twierdząc, że Polacy budowali bramy dla Wehrmachtuę; "Później napięcie na sali już tylko rosło. Część historyków wskazywało braki warsztatowe Grossa, na przykład, że całkowicie pominął archiwa niemieckie. Natomiast druga grupa, zwłaszcza historycy związani z Żydowskim Instytutem Historycznym i Muzeum Holocaustu, bronili książki Grossa i dowodzili, że poruszony problem "dotyczył wszystkich Polaków i Żydów". "Atmosferę podgrzała dodatkowo Alina Skibińska, współpracowniczka Muzeum Holocaustu. Zarzuciła polskim władzom, że uniemożliwia dostęp do materiałów archiwalnych o przejmowaniu majątku pożydowskiego. Z płaczem i na granicy histerii oświadczyła: - Polacy są antysemitami. Część zebranych jej oskarżenia przyjęła oklaskami. Większość jednak w zdumieniu milczała".

        Opis ten - będący jedyną obszerną relacją prasową, jaką odnalazłem - jest mimowolnie tendencyjny. Akcentuje głosy krytyczne, jak choćby Eislera, nadto sugeruje swoistą żydowską solidarność części dyskutantów. Jednak trafnie oddaje nasycony emocjami klimat spotkania. W "Gazecie Wyborczeę Żakowski zarzucił Grossowi emocjonalny, publicystyczny styl, który nie przystoi uczonemu. Jednak bez względu na prawdziwość tego zarzutu (osobiście jestem innego zdania) ani on sam, ani Tomasz Szarota nie okazali się wzorem opanowania. Szarota stwierdza: "Miałem napisać obszerną recenzję z Sąsiadów dla "Biuletynu ŻIH", ale jej nie napiszę, gdyż w odróżnieniu od autora tej książki nie uważam, abyśmy o wydarzeniach w Jedwabnem wszystko już dziś wiedzieli. On dokładnie zrozumiał, co i dlaczego tam się stało w ów koszmarny czwartek 10 lipca 1941 r. - ja jeszcze nie!". W IH PAN mówi zirytowany: "różnica między historykiem a socjologiem jest taka, że my historycy pokornie podchodzimy do faktówę.


        Uczeni i urzędnicy

        Cytowani historycy powtarzają: trzeba czekać. Aż sprawa zostanie dogłębnie zbadana u źródeł, prześwietlona przez powołane organa. Mówi Tomasz Strzembosz: "[...] naprawdę miarodajne w ocenie wydarzeń w Jedwabnem będzie nie to, co ustali pan Gross czy pan Strzembosz, a jedynie to, co ustali badający tę sprawę prokurator z białostockiej filii IPN, który - o ile wiem - jest w posiadaniu takich dokumentów i takich relacji, których nie miał jeszcze żaden historyk ani dziennikarz". Podobnie Szarota: "Czekam na weryfikację wiadomości, że przed pogromem wrócili do miasta ludzie wypuszczeni z łomżyńskiego więzienia. Czekam na wyniki kwerend archiwalnych, jakie muszą być przeprowadzone w Ludwigsburgu, Poczdamie i Berlinie. Czekam wreszcie na rezultaty - niestety, jakże spóźnionego - śledztwa, jakie od września prowadzi Instytut Pamięci Narodoweję. Gross, rozumiemy, wolał medialny sukces od długiej, mozolnej pracy i cichej satysfakcji prawdziwego uczonego.

        Ma własne wyjaśnienie Chodakiewicz: "Wydaje się, że publikując Sąsiadów profesor Gross chciał przyspieszyć bieg historii. Ponieważ nie sposób uwierzyć, że naukowiec tej klasy co on nie wiedział, co czyni, musimy podejrzewać, iż jego celem było przeprowadzenie kuracji szokowej w polskiej nauce". Chodakiewicz dziwi się tym, którzy chwalą odwagę Grossa: "Jeśli Machcewicz nie ironizował, trudno zrozumieć, o jaką odwagę chodzi. Czyżby o odwagę opublikowania pracy bez należytego zbadania tematu?", i ciągnąc ten wątek, oprócz naukowego dyletanctwa zarzuca Grossowi koniunkturalizm: "W Polsce, gdzie duży segment inteligencji ma poglądy liberalne i gdzie wielkie media hołdują liberalnej ideologii, wygłaszanie sądów o polskim antysemityzmie jest raczej normą niż wyjątkiem". A więc pisząc o Jedwabnem, Gross szedł za modą i liberalnym (owczym) pędem. Fragment o "Wielkich mediach" (czytaj "Gazeta Wyborcza"), które w ramach liberalnej ideologii promują krytykę Polaków za antysemityzm, mógłby bez retuszu trafię do "Naszej Polski".

        W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" przewodniczący Kolegium IPN i dyrektor Archiwum Państwowego w Krakowie doktor Sławomir Radoń przemawia głosem nie tyle naukowca, co urzędnika, w swoistym singularis maiestatis: "Instytut nie przeczy odpowiedzialności Polaków za ten mord, ale rzecz musi być rzetelnie zbadana. A obecnie nie jest jasne, czy Polacy byli wyłącznymi sprawcami tej zbrodni, czy też był tu jakiś udział Niemców, jak na to wskazują pewne poszlaki. Nie wiemy, do jakiego stopnia motywem morderców była zemsta za kolaborację ludności żydowskiej z władzami sowieckimi". Jego zdaniem książka Grossa "pod względem ustalania prawdy jest nieuczciwa", co precyzuje: "miałem na myśli brak rzetelności naukowej". Dyskwalifikacji towarzyszy zdawkowa pochwała: "Ale to jest bardzo ważna książka. Wywołała największą w ostatnich latach debatę na temat najnowszej historii Polski".

        Urzędnik IPN - instytucji, na której werdykt trzeba czekać, zanim wolno będzie publikować książki - zachowuje się jak oficer dochodzeniowy przed kamerami telewizji: nic nie mogę powiedzieę, jeszcze za wcześnie na wnioski, proszę poczekać na wyniki śledztwa, dziękuję państwu. W odróżnieniu od urzędowego historyka nie uważam, żeby warunkiem pisania książek było posiadanie całej i ostatecznej prawdy. Bo tak nigdy nie jest. Jak wiadomo, prawda w nauce rodzi się w ogniu sporów, wśród ścierających się hipotez konfrontowanych z gromadzonym materiałem dowodowym. Kolejne cząstkowe wyniki publikowane są po to, żeby inni mieli się do czego odnieść, co studiować i o czym myśleć. Powiada Radoń: "Może po badaniach trzeba będzie zgodzić się z Grossem. Problem polega na tym, że on formułuje swoje wnioski przedwcześnie". Przyznam, że zupełnie nie rozumiem takiej postawy. Czy zanim wolno będzie pisać o Jedwabnem, mają nam wyrosnąć długie, siwe brody?

        Beylin mówi wprost: "W wolnej Polsce nic nie usprawiedliwia milczenia elit o tym wydarzeniu". Podobnie uważa Tokarska-Bakir: "Jeśli w ogóle można mówię o odpowiedzialności polskich historyków za to, czego Polacy nie wiedzą o Holocauście, to chyba tylko w sensie grzechu zaniechania, którym owocuje niekiedy wrodzona historykom ostrożnośę, odwodząca ich od pewnych tematów [...] Historyk, podobnie jak każdy inny uczony, chce być przede wszystkim "poważny". "Poważny" znaczy w Polsce "niekontrowersyjny". Niekontrowersyjny polski historyk, gładząc się po brodzie, z pobłażaniem popatruje na tych, którym się spieszyć. A spieszyć się trzeba, bo umierają ostatni świadkowie. Wolno spytać, dlaczego Jedwabne tak długo uchodziło uwagi rzesz historyków i publicystów skądinąd szczerze zainteresowanych odkłamywaniem przeszłości? Dlaczego trzeba było dopiero publikacji Sąsiadów, żeby po zganieniu autora za pośpiech i warsztatowe niedostatki uczeni i urzędnicy mogli z należytym namaszczeniem przystąpię do uczciwej pracy?

        Rzecz charakterystyczna, polemiści Grossa mówią: wiemy co się stało, ale nie rozumiemy. Żakowski stwierdza, że musimy włączyć Jedwabne do polskiej samoświadomości. "Ale najpierw trzeba je zrozumieć. Ale żeby zrozumieć, trzeba dokładnie wiedzieć, co się tam wydarzyło. Czym bardziej dziurawa wiedza, tym trudniej przecież o zrozumienie i łatwiej o emocje, których w stosunkach żydowsko-polskich i tak jest zbyt wiele". Szarota zgadza się: "Żeby wstrząsnąć naszymi sumieniami, wystarczy to, co Gross w Sąsiadach napisał. Ale żeby zrozumieć całą tę sytuację, trzeba znać szczegóły". O tym, jak niejasna jest formuła "wiemy, ale nie rozumiemy", świadczą rażące niekonsekwencje posługujących się nią autorów. Mówi Szarota: "[...] do tej pory wiedzieliśmy o szmalcownikach, o tym, że stosunkowo niewielu Polaków odważyło się ukrywać Żydów w domach, o antysemickich wybrykach po wkroczeniu Niemców do Warszawy w 1939 r., o napadaniu, rabowaniu i biciu Żydów przez polskich wyrostków. Ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że Polacy byli także sprawcami Holocaustu. A w Jedwabnem byli. I to nie jacyś pojedynczy dewianci, którzy w każdej społeczności się znajdą, ale tłum z władzami miasteczka na czele". Jednak chwilę później, dowodząc konieczności dalszych studiów jako warunku "zrozumienia", wyjaśnia: "[...] nie jest obojętne, czy mordu dokonali spontanicznie mieszkańcy miasteczka korzystający z przyzwolenia lokalnych żandarmów, czy też grupa mętów podburzonych przez Niemców, którzy przysłali do Jedwabnego batalion policji, żeby "oczyścię" miasto z Żydówę. I dalej: "Żeby zrozumieę Jedwabne, trzeba by było wiedzieę, jaka częśę z przywoływanej przez Grossa liczby 92 uczestników zbrodni działała ze zbrodniczych pobudek, a ilu było tam i pomagało w tej zbrodni z tchórzostwa - ze strachu przed rządzącymi miastem mętami i gestapowcami, mającymi za sobą obecnych w Jedwabnem żandarmów i batalion niemieckiej policjię. A więc złoczyńcy i tchórze ustępujący mętom, gestapowcom i wojsku, czy raczej nie dewianci, ale tłum z władzami na czele? Która odpowiedź się liczy?

        Podobną dwuznacznośę dostrzegł w artykule Żakowskiego Dariusz Czaja. Według niego tekst ten "sprawia wrażenie, jakby pisały go dwie tkwiące w autorze osoby, przy czym jedna podaje co jakiś czas w wątpliwośę to, co napisała jej poprzedniczkaę. Niekonsekwencji jest więcej. Szarota cytuje nie bez satysfakcji oficjalny zapis własnego wystąpienia na niepublicznym zebraniu w maju 2000 roku: "Nadszedł czas, aby o takich wydarzeniach zacząę mówię otwarcie [...]. Za najgorszy sposób reakcji polskich władz i opinii publicznej uznał prof. Tomasz Szarota ewentualne próby podważenia w zasadniczy sposób wiarygodności relacji przedstawionych w książce prof. Grossa lub skierowanie dyskusji na tory szukania domniemanych inspiratorów i beneficjentów "antypolskiej kampanii"ę. Zarazem stwierdza: "O pogromie Żydów w Białymstoku dokonanym niemieckimi rękoma na kilkanaście dni przed zbrodnią w Jedwabnem w książce Jana Tomasza Grossa nie ma ani słowa, a przecież analogia palenia Żydów w synagodze i w stodole (jak w Jedwabnem i Radziłowie) powinna się badaczowi nasunąęę. Można spytaę, czy właściwy stosunek do faktów - tj. jak pamiętamy stosunek pokorny - obejmuje snucie domysłów i rejestrowanie analogii. Można też spytaę, co z analogii tych miałoby wynikaę, jeśli nie domniemana inspiracja?


        Motywy

        Tezę o możliwej niemieckiej inspiracji mordów popełnionych na Żydach przez miejscowych Polaków - także aktów przemocy w innych miejscowościach i regionach kraju - uzupełnia powracający w cytowanych publikacjach wątek motywów, jakimi mieli się kierowaę jedwabieńscy zabójcy. "Nie wiemy, do jakiego stopnia motywem morderców była zemsta za kolaborację ludności żydowskiej z władzami sowieckimię - stwierdza Radoń z IPN. Motywami interesował się historyk Chodakiewicz i wielu innych. To, że nie znamy wszystkich motywów, stanowię ma argument przeciw Grossowi i innym, którym się śpieszy, którzy myślą, że "wiedząę i "rozumiejąę. Jest to argument za cierpliwością, a przeciw efekciarstwu. Jednak u wielu oponentów Grossa - nie u Żakowskiego, ale bez wątpienia u Chodakiewicza, Strzembosza i innych - pojawia się on w kontekstach sugerujących, że motywy lub okoliczności stają się jakimś usprawiedliwieniem.

        "Motywy" to eufemizm. Oprócz grabieży domów i mienia chodzi oczywiście o to, że wrogośę Polaków wobec Żydów miała być bardziej zrozumiała z racji ich nagminnej współpracy z sowieckim okupantem. Wkrótce po cytowanym wywiadzie dla "Tygodnika Solidarnośęę, w którym Strzembosz zakwestionował udział Polaków w spaleniu Żydów w Jedwabnem, ukazał się w "Rzeczpospoliteję jego artykuł Przemilczana kolaboracja z długim podtytułem: Ludnośę żydowska, w tym zwłaszcza młodzież, oraz miejska biedota, wzięła masowy udział w powitaniu wojska sowieckiego. Z bronią w ręku zaprowadzała nowe porządki. Lwią częśę tekstu, w którym cytowane są zeznania Polaków, dwie obszerne kolumny pisma poświęcono udowodnieniu tezy, że ludnośę żydowska winna była podczas wojny zdrady państwa polskiego: "Była to kolaboracja z bronią w ręku, stanięcie po stronie wroga, zdrada dokonana w dniach klęskię. Strzembosz sugeruje, że jego świadkowie są co najmniej tak wiarygodni, jak świadkowie Grossa, zarzuca też autorowi Sąsiadów, że minimalizuje żydowski entuzjazm dla władzy sowieckiej i przedstawiając przyjazne gesty Polaków pod adresem wkraczającego Wehrmachtu, pomija kontekst historyczny.

        Oto charakterystyczna sekwencja argumentów. Stwierdza Strzembosz: "[...] dla społeczeństwa polskiego rażący był także fakt wielkiej liczby Żydów we wszystkich urzędach i instytucjach sowieckich. Zwłaszcza że to Polacy dominowali tu przed wojną!ę. Potem zaś przytacza świadectwo: "20.09. 1940 roku, na naradzie w Mińsku, stolicy BSRS, naczelnik Miejskiego Oddziału NKWD w Łomży stwierdził: "U nas utarła się taka praktyka. Poparli nas Żydzi i tylko ich wciąż było widaę. Zapanowała też moda, że każdy kierownik instytucji i przedsiębiorstwa chwalił się tym, że u niego nie pracuje ani jeden Polak. Wielu z nas Polaków po prostu się bało"ę. Na różne rzeczy można zwracaę uwagę w takich relacjach. Ja zauważyłem, że naczelnikiem miejscowego NKWD był Polak.

        I druga sprawa. Pyta Strzembosz: "Czy polscy mieszkańcy Jedwabnego i wsi okolicznych witali Niemców z entuzjazmem i jako zbawców?ę, bo tak twierdził Gross. I odpowiada: "Tak! Witali! Jeżeli ktoś wyciąga mnie z płonącego domu, w którym mogę się spalię za chwilę, rzucę mu się na szyję i będę dziękował. Choębym jutro miał uznaę go za kolejnego śmiertelnego wroga. Niemcy uratowali bowiem wówczas setki mieszkańców wsi okolicznych (a może i Jedwabnego?), kryjących się od kilku dni w zbożu i w krzakach nad Biebrzą. Uratowali od wywiezienia na śmierę, gdzieś na pustynię kazachską czy do syberyjskiej tajgię. Zbrodnie Żydów i Sowietów przeciw Polakom, to tytułowa przemilczana kolaboracja. Strzembosz zgadza się: "Rzeczywiście, Żydom w Polsce nie działo się najlepiej [...], ale wszak nie wywożono Żydów na Sybir, nie rozstrzeliwano, nie zsyłano do obozów koncentracyjnych, nie zabijano głodem i katorżniczą pracą. Jeśli Polski nie uważali za swoją ojczyznę, nie musieli wszak jej traktowaę jak okupanta i wspólnie z jej śmiertelnym wrogiem zabijaę polskich żołnierzy, mordowaę uciekających na wschód polskich cywilówę.

        Przypuśęmy, że Strzembosz ma rację, że Żydzi jako społecznośę zdradzili Polskę - że w Wąsoszu, Jasionówce, Rajgrodzie, Kolnie, Goniądzu, Szczuczynie, Radziłowie i Jedwabnem zdjęli chałaty, wyparli się Pisma i z rabinami na czele przystąpili do komsomołu, sowieckiej milicji itp., że wysyłali Polaków, swoich sąsiadów, na zesłanie, katorgę i śmierę. Nawet gdyby tak było - choę jak widzimy, z Sowietami współpracowali różni ludzi, różnych narodowości - czy usprawiedliwiałoby to w jakikolwiek sposób okrutną eksterminację, ruch ręki Kobrzynieckiego, który rzucił zapałkę? Po co więc właśnie teraz, pomijając tłumaczenia, że nie chciał, ale musiał, bo Gross i Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego zbyt się sprzeniewierzyli historycznej prawdzie, napisał Strzembosz swój długi artykuł o żydowskiej kolaboracji? Czy nie po to, żeby wskazując motyw odpłaty, wyrównaę bilans win?

        Gross cytuje zeznania, choęby takie: "Naftę, którą oblano stodołę, wydał z magazynu Antoni Niebrzydowski Eugeniuszowi Kalinowskiemu i swojemu bratu, Jerzemu. "W/w zanieśli tę naftę którą ja wydałem osiem litrów obleli stodołę gdzie była pełna stodoła żydów i podpalili, jak było dalej tego ja niewiem"ę; albo: "Gospodyni domowa Aleksandra Karwowska słyszała nie "od ludzi" tylko od samego Kobrzynieckiego, że "zarżnął nożem osiemnaście żydów, mówił on to w moim mieszkaniu kiedy stawiał piec'ę. Gross komentuje: "Myślę, że w miasteczku, którego mieszkańcy mają sobie do opowiedzenia, kto z nich ilu ludzi zamordował i w jaki sposób, trudno było w ogóle rozmawiaę na jakiś inny temat. W ten sposób jedwabianie, wzorem króla Midasa, zostaliby skazani za swój występek na nieustające rozmowy o Żydach i mordercachę. Prostej odpowiedzi Strzemboszowi udziela czytelnik "Gazety Wyborczeję Janusz Marciniak z Poznania: "To moralnie nie do przyjęcia, aby odpowiedzią na zbrodnię było tylko dociekanie motywów, którymi kierowali się oprawcy. Tej zbrodni nic i nikt nie może usprawiedliwię. Odpowiedzią musi być autentyczne poczucie winy. Czuję się winny, choę urodziłem się wiele lat po tej i innych straszliwych zbrodniachę.


        Msza za miasto Jedwabne

        W "Kurierze Porannymę streszczono następująco podsumowanie przed Jedlickiego dyskusji w IH PAN: "Jego zdaniem "diabeł nie usadowił się w szczegółach", ale w generaliach tego, co zaszło w Jedwabnem. Przekonywał, że książka Grossa zmusza do "rewizji klisz pocieszycielskich" społeczeństwa polskiego, które uznaje się wyłącznie za ofiarę nazizmu. - Nienawiśę, pogarda do Żydów i śmiech, były częścią kultury środkowoeuropejskiej - mówił Jedlicki. - Wyłamywali się z tego tylko socjaliści i częśę liberalnej inteligencji. Jedlicki mówił, że w Jedwabnem "wyselekcjonował" się zbrodniczy tłum: - Zagładzie Żydów towarzyszyła uciecha polskiego otoczenia. Ta uciecha nie była sprawą mętów społecznych, ale miasta. To jest proces przeciwko miastuę.

        Dyskusję o odpowiedzialności zbiorowej sprowokował Żakowski twierdzeniem, że Gross forsuje "język narodowych kwantyfikatorówę, etniczny język godny morderców z Jedwabnego, Karolaka i braci Laudańskich, język totalitarny lekceważący jednostkowy wymiar winy i zadośęuczynienia, zbrodni i kary. Przywołał współczesne memento, widmo Bośni, gdzie dominuje etniczny żargon. Zacytował końcowy fragment Sąsiadów: "Kto jest tej zbrodni winny? Kto zabił? Gross odpowiada: "zabiło społeczeństwo". Dokładnie brzmi to tak: "Tysiąc sześciuset jedwabieńskich Żydów zamordowali nie żadni hitlerowcy ani enkawudziści, ani ubecy, tylko społeczeństwo". Ma na myśli polskie społeczeństwo miasteczka Jedwabneę. Na tym cytacie i dwóch innych zbudował całe swoje oskarżenie. Polemizowali z nim m.in. Beylin, Warszawski, TokarskaóBakir, a także czytelnik "Gazety Wyborczeję Jacek Myczka, który napisał: "Dramatyczny wysiłek Jacka Żakowskiego, aby jakoś swój tekst zrównoważyę, nie przekonał mnie zupełnie. Nie jestem Żydem - aby nie było niedomówień! Dobrze - mordowało nie społeczeństwo, ale społecznośę lokalna. Ale co to zmienia? Norwid też nie mówił o nas jako o społeczności, tylko właśnie - społeczeństwo. Mam dla pana Żakowskiego smutną wiadomośę. Otóż w krakowskim miesięczniku "Zdanie" przeczytałem w latach 80. informację podaną przez jednego z szefów Żegoty, że na listach wywiadu AK dla okręgu małopolskiego było 60 000 (sześędziesiąt tysięcy!) szmalcowników. Tylko w Małopolsce! Czy to społecznośę, czy społeczeństwo?ę.

        Obawy Żakowskiego wyraził prościej czytelnik "Życiaę Jerzy Bukowski: "Sprawa zbrodni, jaką popełniła częśę mieszkańców Jedwabnego na 1600 Żydach w lipcu 1941 r., ożywiła fałszywy stereotyp Polaka antysemity. Uważam, że nie bez związku z tą dyskusją były obraźliwe dla Polski głosy niektórych deputowanych Knesetu, wygłoszone w obecności ministra Bartoszewskiego. Każdy haniebny czyn powinien zostaę potępiony i ukarany. Nie wolno jednak mówię o zbiorowej winie ani odpowiedzialności całego narodu. Polska Podziemna z całą surowością ścigała wszystkich, którzy dopuszczali się zbrodni i przestępstw. Mordujący lub wydający Żydów Niemcom Polacy często karani byli śmiercią, a ich czyny spotykały się z powszechnym potępieniem. Nikt rozsądny nie neguje, że zdarzały się przypadki obojętności na los mniejszości żydowskiej, a nawet głośno wyrażanej satysfakcji z powodu jej tragedii. Czy wolno jednak uogólniaę je, skoro to właśnie Rzeczpospolita przyjmowała przez całe wieki Żydów, a w Alei Sprawiedliwych najwięcej drzewek zasadzili Polacy? [...] Nie jest prawdą - jak powiedział wiceprzewodniczący Knesetu Ruben Riwlin - że "naród polski musi przejśę długą drogę, żeby móc spojrzeę w oczy narodowi żydowskiemu" ani teza prof. Jana Tomasza Grossa o odpowiedzialności całego społeczeństwa Jedwabnego (a może nawet polskiego) za zbrodnię grupy zwyrodnialców. Odnoszę wrażenie, że polscy politycy i publicyści bardzo niechętnie bronią dobrego imienia swej ojczyzny, jeżeli muszą przeciwstawię się kłamstwom i pomówieniom, padającym z ust Żydówę.

        Rzecz w tym, że Żakowski wyczytał u Grossa więcej, niż ten napisał, i wbrew swojej deklaracji nie zacytował go dokładnie. W rzeczywistości ostatni akapit Sąsiadów brzmi: "Stosowne memento znajdziemy oczywiście w Jedwabnem, gdzie na dwóch pomnikach wyryto w kamieniu napisy, które dopiero trzeba będzie rozkuę, aby uwolnię z nich prawdę historyczną. Na jednym powiedziano po prostu, że Żydów zabili Niemcy: "MIEJSCE KANI LUDNOĺCI ŻYDOWSKIEJ. GESTAPO I ŻADARMERIA HITLEROWSKA SPALIŁA ŻYWCEM 1600 OSîB 10 VII 1941". Zaś na drugim, wystawionym już w wolnej Polsce, albo dano do zrozumienia, że Żydów w Jedwabnem w ogóle nie było, albo bezwiednie wystawiono świadectwo popełnionej zbrodni: "PAMI˘CI OK. 180 OSîB W TYM 2 KSI˘ŻY ZAMORDOWANYCH NA TERENIE GMINY JEDWABNE W LATACH 1939ó1956 PRZEZ NKWD, HITLEROWCîW I UB" [podpisane] SPOŁECZEÁSTWO. Bo w rzeczy samej, tysiąc sześciuset jedwabieńskich Żydów, których tu pominięto (choę przecież byli "zamordowani na terenie gminy Jedwabne w latach 1939ó1956"), zamordowali nie żadni hitlerowcy, ani enkawudziści, ani ubecy, tylko społeczeństwoę.

        Dwaj czytelnicy, których zacytowałem, zareagowali (jeden krytycznie, drugi aprobująco) na wykładnię Żakowskiego - że Gross pragnie pokarania śmiercią cywilną każdego jedwabianina, jego synów i córek do siódmego pokolenia, a może nawet wszystkich ówczesnych i dziś żyjących Polaków. Jak widaę, i o tym można dyskutowaę. Żakowski odrzuca plemienną odpowiedzialnośę nawet za cenę kolektywnej dumy z wielkich Polaków, Europejczyków, ludzi: "Jan Tomasz Gross odpowiada za siebie, a ja odpowiadam za siebie. Żaden z nas nie ma prawa wypominaę drugiemu ziomków ani przodków. Za takie porozumienie gotów jestem nawet oddaę moją dumę z Tischnera, z Kopernika i także z Platonaę. Publicysta wyraża skrajny pogląd, dotyka jednak ważkiego tematu, co więcej, ściśle związanego z całością stosunków polskoóżydowskich. Ale skoro krytykuje, i to nader emocjonalnie, Sąsiadów, żądając od autora precyzji i odpowiedzialności za słowo, niech i sam będzie precyzyjny.

        Sens przytoczonego fragmentu jest bowiem jasny. Dwa pomniki, dawny i nowy, symbolizują dwie pamięci zbiorowe: dawną, narzuconą przez komunistycznych interpretatorów historii, dla których każda wojenna zbrodnia była, jak Katyń, dziełem hitlerowców, i nową, nieskrępowaną jakąkolwiek urzędową cenzurą. Jak zauważył Gross, nowa pamięę jest także z gruntu fałszywa. Bo zanim jeszcze zjechali do Jedwabnego dziennikarze, szeptano po domach o tamtym Karolaku, Laudańskim, Kobrzynieckim. Ale na ziemi kryjącej szczątki zgładzonych Żydów wystawiono pomnik ku czci - powtórzę

        ó 180 osób, w tym dwóch księży zamordowanych na terenie gminy Jedwabne w latach 1939ó1956 przez NKWD, hitlerowców i UB. Ktoś wymyślił nowy pomnik i podpis: "społeczeństwoę, nikt nie zaprotestował. "Społeczeństwoę wznoszące i podpisujące pomniki zdradza zainteresowanie własną historią. W tym przypadku jest to chęę jej uładzenia, symbolicznego skasowania wspólnego niepokojącego bagażu na poły znanych, a na poły przemilczanych rodzinnych biografii. Inskrypcja wyryta na nowym pomniku nie mogła pojawię się za czasów komunizmu - wszak mowa w niej o pomordowanych księżach oraz mordercach z NKWD i UB. Oddając cały szacunek zamordowanym w Jedwabnem Polakom i księżom, sądzę, że pomnik i napis wyrażają chęę miejscowych decydentów włączenia ich miasteczka w nurt ustrojowej przemiany, odkąd bowiem objawiono prawdę o Katyniu, wolno już - a nawet należy - piętnowaę zbrodnie komunistycznego aparatu. Taki jest nowy rytuał.

        W wielu powiatowych miasteczkach widuję niszczejące obeliski ku czci budowniczych władzy ludowej i wyzwolicielskiej Armii Czerwonej, czasem jest to czołg na betonowym postumencie. Nikt ich nie usuwa, bo nikogo nie interesują, bo centralny placyk, na którym stoją opustoszał, odkąd życie dzienne, wieczorne i nocne przemieściło się do nowootwartego pubu, dawnej klubokawiarni, bo monument jest też grobem, bo przekazano odgórną dyrektywę, że skoro jesteśmy w NATO, nie powinniśmy zadrażniaę stosunków z Rosją. Jak jednak wynika z reportaży, które przeczytałem, w Jedwabnem nadal pamięta się Żydów i ich zabójców, własnych krewnych. Tamtejsze pomniki mają sens. Tam nikt nie ma wątpliwości, że zabiło społeczeństwo.


        Na stronie internetowej http://www.pogranicze.sejny.pl Fundacja Pogranicze przedstawia elektroniczną wersję książki oraz rejestruje głosy prasowe o Jedwabnem.


Cytowane artykuły:
A. Kaczyński, Całopalenie "Rzeczpospolitaę 5 V 2000
L. Kalewski,Prostujemy kłamstwa o pogromie w Jedwabnem, 10 lipca 1941 r., "Nasza Polskaę 10 V 2000
J.R. Nowak, Kto fałszuje historię, "Nasz Dziennikę 13ó14 V 2000
J. Żakowski, Każdy sąsiad ma imię, "Gazeta Wyborczaę 18ó19 XI 2000
J. Żakowski, Diabelskie szczegóły, rozmowa z Tomaszem Szarotą, "Gazeta Wyborczaę 18ó19 XI 2000
J. Engelgard, Jedwabne a sprawa polska, "Myśl Polskaę XII 2000 nr 50
T. Szarota, Czy na pewno już wszystko wiemy?, "Gazeta Wyborczaę 2ó3 XII 2000
M. Beylin, Mówmy: "ja" i "my", a nie "oni", "Gazeta Wyborczaę 2ó3 XII 2000
D. Warszawski, Odpowiedzialnośę i jej brak, "Gazeta Wyborczaę 9ó10 XII 2000
P. Machcewicz, W cieniu Jedwabnego, "Rzeczpospolitaę, 11 XII 2000
S. Podemski, Od pogromu do zagłady, "Politykaę 20 I 2001.
J. Bukowski, Mord w Jedwabnem, list do redakcji, "Życieę, 11 XII 2000
T. Strzembosz w rozmowie z E. Isakiewicz, "Tygodnik Solidarnośęę, 17 I 2001
Z. Krasnodębski, Z prawdą na ty, "Życieę, 11 XII 2000
M. J. Chodakiewicz, Kłopoty z kuracją szokową, "Rzeczpospolitaę 5 I 2001
J. TokarskaóBakir, Obsesja niewinności, "Gazeta Wyborczaę 13ó14 I 2001
R. Bender, w: Trzy pytania do prof. Ryszarda Bendera, "Głosę 25 XI 2000
L. Czajkowski, Jedwabny interes, "Nasza Polskaę 16 I 2001
R. Bugaj, Prawda historyczna i interes materialny,"GazetaWyborczaę6ó7I 2001
Z. Nikitorowicz, Pole minowe, "Kurier Porannyę 1 XII 2000
S. Radoń, Pochopne sądy Grossa, rozmawia R. Graczyk, "Gazeta Wyborczaę 19 I 2001
D. Czaja, To nie "oni", niestety, "Gazeta Wyborczaę 16ó17 XII 2000
T. Strzembosz, Przemilczana kolaboracja, "Rzeczpospolitaę 27ó28 I 2001





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.