Logo Midrasza


  Nie boję się bezsennych nocy

JÓZEF HEN

  Wędrówka po łódzkich liceach. Umowa jest taka: nauczyciele organizują sprzedaż Nowolipia (drugie wydanie) - autor, to znaczy ja, jest za darmo. Dwa, trzy licea dziennie. Męczące, ale ciekawe. Trochę mi się plącze w głowie - gdzie pytano o to, gdzie o tamto, zresztą nieważne, coś było wspólnego w tej młodzieży: dociekliwość, żywość inteligencji, chłopcy trochę mniej aktywni, to podobno normalka, dziewczęta często urocze, czasem śliczne - no, naprawdę, wychodziłem z tych spotkań podniesiony na duchu. Chyba w pierwszej szkole, w połowie spotkania weszła jakaś nauczycielka - zdaje się, że pani dyrektor - i od razu zaatakowała pytaniem: "W książce Crimen pański bohater ma tyle tolerancji dla innych... W innych pańskich książkach jest to samo... Jak się pan czuje teraz, w czasach takiej nietolerancji?" "Bardzo źle się czuję, nigdy tak źle się nie czułem". I wyjaśniam, dlaczego. Pani zahacza o postać posła B. z rady do spraw radia i telewizji. "Najsmutniejsze - mówię - że to nie tylko demagog i nienawistnik, ale i straszny głupiec". Wysoki chłopiec o bujnej fryzurze zapytuje, czy w Armii Czerwonej odczuwałem antysemityzm. Odpowiedziałem, jak było. Nie, wtedy się tego nie czuło. Ale był to jedyny okres w moim życiu, w którym zataiłem pochodzenie: nie ze względu na Rosjan, ale ze względu na Niemców; na wypadek, gdybym wpadł do niewoli. (Dopisek: Nie miałem wtedy jeszcze w dorobku Najpiękniejszych lat, w których ten epizod opisałem).

        O antysemityzm pytała mnie też dziewczyna w innym liceum: "Jest podobno teraz taki trend" - tak się wyraziła. - "Co pan o tym sądzi?" "A co ty sądzisz? - odpowiadam. - Ty lepiej wiesz niż ja, czy antysemityzm się objawia. - Widzę jej zakłopotanie. - Ale spróbuję odpowiedzieć". I odpowiadam tak, jak to zrobiłem w szkicu Bez Żydów jest nudno. Ktoś musi być winien temu, że jest bieda, starość i artretyzm. I o tym wspominam, że zło jest aktywne, a dobro dosyć leniwe (co spotyka się ze zrozumieniem młodzieży). I że jest to sprawa Polaków - nie Żydów, Żydzi nie mogą tu nic pomóc - to Polakom szkodzi antysemityzm, bo kiedy wskazuje się im nieprawdziwą, złudną przyczynę klęsk, ukrywa się właściwą, łatwo jest manipulować. Poruszam też pojęcie (ostatnio głupio podchwycone nawet przez odpowiedzialnych zdawałoby się publicystów) tzw. antypolonizmu, że nieporównywalne. Bo jeśli Żyd nie lubi Polaków, no to nie lubi, jego sprawa, to niczym nie grozi - ani pogromem, ani śmiercią, ani wyrzuceniem z pracy, z kraju - tak samo jak nie ma znaczenia, że jakiś Polak nie lubi Czechów.

        Po lewej stronie wstaje wysoki chłopak, długie proste, jasne włosy z obu stron twarzy, i odzywa się: "Ale w tym stosunku do Żydów było coś racjonalnego. Żydzi byli w UB i męczyli Polaków". Zapadła cisza. To nie było pytanie - to była polemika. Kiwnąłem głową. "Tak, byli Żydzi w UB. Ale oni nie uważali się za Żydów. To byli komuniści. Męczyli Polaków i męczyli Żydów". Opowiadam, dlaczego idea komunizmu była dla Żydów - dla wszystkich poniżanych narodów - atrakcyjna: bo głosił internacjonalizm (srodze się na tym zawiedli). I że podobnego argumentu mogliby użyć Rosjanie, bo w końcu Czeka stworzył i styl mu nadał Polak, Dzierżyński. Sołżenicyn w Gułagu wylicza sześciu pierwszych komendantów tych służb: podkreśla, że nie było wśród nich ani jednego Rosjanina! Jeśli dodamy do tego, że Stalin i Beria byli Gruzinami, to Rosjanie mogliby się upierać, że komunizm - i to taki! - stworzyli im obcy. Ale łagrów - dodaję - pilnowali Rosjanie. U nas było kilkudziesięciu Żydów w UB, a pracowało tam dziesięć tysięcy ubeków. Czas więc chyba skończyć z takim myśleniem, że wszystkiemu są winni t a m c i. Oklaski, tak! A potem kwiaty i buziaki.

        Powiedziałem jeszcze (wszędzie to powtarzam), że zawaliły się dwie utopie: jedna - socjalistyczna, druga - "solidarnościowa" (jak to będzie idealnie, kiedy "Solidarność" przejmie rządy, wszyscy uczciwi, pracowici - co spotkało się ze śmiechem). A więc jest pustka ideologiczna, bo przecież kapitalizm nie jest ideologią, lecz systemem gospodarczym. I w tę pustkę ładuje się nacjonalizm, fanatyzm, szowinizm, nienawiść.


        W Łodzi. Znowu trzy licea. W pierwszym z nich było tylko czterech chłopców, siedzieli oddzielnie (nie brali udziału w dyskusji). Nauczyciele bardzo aktywni. Mniej pytano o pisarstwo, bardziej o życie. "Czy pan sądzi, że odniósł w życiu sukces?" Nie wiem, ale miesięcznik "Sukces" uważa, że tak. W jednym z liceów: "Czy sądzi pan, że te uroczystości w związku z pięćdziesięcioleciem powstania w getcie będą miały jakieś konsekwencje?"

        Dziewczyna jasnowłosa, barczysta, o okrągłej płaskiej, twarzy, z wdziękiem (to Gośka, jak się potem okazało plastyczka, gwiazda szkoły) zapytuje, czy można mi zadać pytanie natury osobistej. "Można. Najwyżej nie odpowiem". Pada pytanie: "Czy jest pan szczęśliwy?" Inne pytanie: "Czy jest pan materialistą?" (W sensie: czy lubię korzyści materialne? Czemu nie, każdy lubi. Mnie by się też przydały. Ale...) Kiedy im, w związku z tym, opowiadałem o "liście najuboższych" Janusza Atlasa, na której się znalazłem, wybuchali śmiechem przy każdym kolejnym nazwisku. Mazowiecki... Balcerowicz... Kuroń... Wydaje im się śmieszne utrzymywać, że tacy ludzie, z pierwszych stron gazet, nie są bogaczami. Gośka jest najbardziej aktywna: podobno przygotowała pięćdziesiąt pytań! Opowiadam dzieje Nikt nie woła, książki, której przez trzydzieści trzy lata nie mogłem wydać: okazało się, że kolejne jej perypetie, to skrócone dzieje PRL. Pytanie o Jagiełłę: przecież to niemożliwe, żeby on był taki, jakim go przedstawiłem w Królewskich snach. Upieram się: "Był właśnie taki". (Profesor Gieysztor: "Opowiada pan Polakom prawdziwą historię").

        Pytanie: dlaczego tak późno napisałem Nowolipie, przecież to mogłem napisać czterdzieści lat wcześniej. Chyba do napisania takiej książki potrzebny jest dystans. Bo dopiero po latach fakty, fakciki, szczegóły zaczynają się wyodrębniać, stają się dla nas ważne, ukazują swoją nośność, kolorowość, charakterystyczność, tłumaczą tamto życie.

        Młody człowiek, który właśnie przeżywa, co przeżywa, nie widzi w swojej teraźniejszości nic szczególnego, dopiero kiedy to przeżycie odchodzi w daleką przeszłość, staje się czasem utraconym, który można poprzez pracę pamięci odzyskać. Zrozumieć, co się z nim działo. Kim był. Jak się stawał. Nie wiem, czy to dla nich było jasne. Bo przecież w końcu to, co t e r a z przeżywają, jest dla nich najważniejsze.

        Pytano też, czy nie uważam, że Kościół zanadto ingeruje w życie świeckie. Odpowiadam krótko: "Uważam". Śmiech. Po spotkaniu - przy kawie i ciasteczkach - otacza mnie grupa młodych i kilka nauczycielek. Chcą więcej na ten temat. Nie chcą, żebym brał hierarchię w obronę, to od nich, młodych, przychodzi atak. Bulwersuje szczególnie to, co Glemp powiedział o rzeczniku praw obywatelskich (że jest "kustoszem przestarzałych praw"). Ci nastawieni krytycznie już się nie boją, nikt nie krzyknie "Żydówo!" Zmieniło się.


        Hamsun - to był pisarz mojej wczesnej młodości, może nawet późnego dzieciństwa. Tak, miałem chyba nie więcej niż dziesięć lat, kiedy przeczytałem Włóczęgów - i to kilka razy. Tak inne to było od wszystkiego, co mi wtedy wpadało w ręce!... Te postaci - jakże dalekie od różnych Kmiciców i Wołodyjowskich. Kobiety - także inne niż Heleny, Zosie i Oleńki. Nigdy nie zapomnę bosej Lowisy: jej gest, kiedy w stodole powoli, w milczeniu rozpina spódnicę. Nie bardzo się orientowałem, o co między nią a Edewartem, milczącym i smutnym, chodzi - wystarczył mi obraz, który został w dziecku, wciąż to widzę. Mimo jego zdrady...

        I teraz w telewizji sztuka Tankreda Dorsta Mamut - o starym Knucie Hamsunie, już po wojnie, kiedy musi zdać sprawę ze współpracy z najeźdźcą - bo przecież to był najeźdźca - z hitleryzmem, z którym, ku naszej goryczy, utożsamiał się ideologicznie. Bardzo subtelnie pokazana - przez autora, ale i świetnie podchwycona przez aktora, Igora Przegrodzkiego - starcza paranoja. Uwielbienie dla Hitlera, chociaż ten, przy osobistym poznaniu, wydał się Hamsunowi niesympatyczny. Więc czemu po upadku Berlina napisał dla Hitlera patetyczny nekrolog? "To był przejaw rycerskości" - tłumaczy Hamsun w sztuce. - A zbrodnie? - Nie słyszę. - Zbrodnie, zbrodnie Hitlera. - A, zbrodnie... Ale co z moim ogrodem? Chyba mi go nie zabierzecie? To nie jest tak - pokazuje Dorst - że on o tych zbrodniach nie wiedział. Wiedział - ale nie docierały do jego świadomości. Prześlizgiwały się obok. Głuchł i ślepł.

        I ludzie odsyłali mu książki, te jego wspaniałe książki, co w sposób materialny pokazuje reżyser Feliks Falk.

        Anna Milewska, jako żona - surowa, egoistyczna, ta naprawdę jest ślepa na krzywdy. Jak ta Hanka mogła to zagrać - myślę naiwnie - ze swoim miłym, gołębim usposobieniem? Wzięła odwet na wszystkich wydrach, które w życiu spotykała. Wcieliła się w nie. Zemsta aktorki...


        Staruszka w Alejach Ujazdowskich, przed perfumerią, siedzi pod murem, chłód czy upał, i plecie małe bukieciki z uzbieranych stokrotek. Przedtem oferowała czosnek. Nie żebrze - handluje. Pochylona, krucha. Biorę bukiecik, pytam: "Ile?" "Ile pan da". Głos zaskakująco dźwięczny, miły. Daję złotówkę. W kilka dni później, przechodząc, daję złotówkę i idę dalej. Ona, za mną: "Niech pan weźmie bukiecik". Prawie prosząco. Wracam się i perswaduję: "Przecież my się już znamy". Odchodząc z bukiecikiem myślę, że ona poczuła się dotknięta - nie chce jałmużny, chce sprzedawać. Nazajutrz rano z perfumerii wyszła młoda ekspedientka. "Babciu - mówi - specjalnie przyniosłam ci krzesełko, a ty nie korzystasz". "A dziękuję, dziękuję". Uderza mnie ten głos, niechrapliwy, dzwoneczkowy. Wracając potem obok niej, wybieram bukiecik, który wydał mi się najbardziej udany. Właściwie ładniutki. Daję złotówkę i spoglądam pytająco. Ona kiwa głową. Porozumienie całkowite.

        Rena, rozczulona, stawia bukiecik do szklanki z wodą.


        W pewnej instytucji czczono solenizantkę Halinę. Zebrało się pięć czy sześć pań na winku i ciastkach. O czym rozmawiają Polki w okolicach pięćdziesiątki, kiedy zejdą się ze sobą? O chłopach? O miłostkach? O dzieciach? O tym, kto z kim? O książkach, filmach, telewizyjnych serialach? Nie, o Żydach! To jest ten ekscytujący temat. Inspiratorką jest pewna pani przed emeryturą, "lewicowa" (mówi moja znajoma), w której odgadłem kiedyś, okazuje się trafnie, "moczarówę". (To jest charakterystyczne, że jeśli chodzi o Żydów, język aparatczyków moczarowskich i język antysemitów prawicowych jest dokładnie ten sam, te same argumenty i mity). Jakaś pani wyrażała się z sympatią o pewnym emerytowanym komentatorze, moczarówka natychmiast zareagowała: "On nie jest czysty" - Dlaczego? - "Był syjonistą". Czyli to, co rozpowszechniała ubecja. (Co to jest ten syjonizm? - spytała mnie nieśmiało moja znajoma. Myślała, że to jakiś szatański spisek). ele o Słonimskim. Żydzi w UB - wyliczała ta "lewicowa", rozpolitykowana megiera, której najlepsze czasy, kiedy wysługiwała się komitetom, minęły. Przed wojną, mówi, Żydzi mieli bojówki do zabijania Polaków. Ręce opadają.

        I siedzą te panie i plotą o Żydach (niektóre zresztą, jak moja znajoma i zaprzyjaźniona z nią pani Maria, milczą) i wysłuchują bredni (od słowa "bredzenie, przypominam, majaczenie w gorączce"), bredni chorej eks-aparatczycy, której życie by się udało, rządziłaby nadal w komitecie partyjnym, gdyby nie Żydzi. Syjoniści z "Solidarności".


        Czarne dziury w odczuwaniach. Niechęć - dla cierpień i śmierci, wobec których jest się bezradnym.

        Obojętność - budowana w sobie, żeby móc zajmować się własnym życiem, chociaż - no właśnie - chociaż wszystko przypomina (i wypomina): "Nie wolno! Masz siedzieć nad wodami Babilonu i lamentować!" (Jest po czym).

        Ocalali piszą drżącymi rękami relacje, wciskają je nam, którzy przez to piekło nie przeszli (nie przeszedłem; było dramatycznie, ale przecież nie to), relacje pełne trupów, a ja się odwracam, zajmuję się czymś innym. I nawet czuję, że rośnie we mnie niechęć do tej ich prawdy, do tych czarnych zadrukowanych stron.

        Tak to jest dzisiaj, w ten styczniowy dzień. Jutro pewnie będzie inaczej.


        Telefon od Konwickiego. Jest przejęty pośmiertnie wydaną książką Calela Perechodnika Czy ja jestem mordercą? (Autor był policjantem żydowskim w Otwocku - w tym samym Otwocku, w którym Gina była w sanatorium - i na jego oczach zabrano najbliższych na śmierć; a on za nimi nie pobiegł, on, policjant, nie krzyczał, nie protestował, stał oniemiały; "czy ja jestem mordercą?"). Mówi, że myślał o mnie, czytając. Że oszczędziłem sobie straszliwego losu, uciekając do Rosji. Że właściwie nie otarłem się o to, co tu, pod Niemcami, się działo - on, chociaż z zewnątrz, jednak się otarł. Mówię mu, że mam tego świadomość, dałem temu wyraz w "księdze drugiej" w takiej wyliczance (którą pewni czytelnicy przyjęli za wiersz) kończącej się stwierdzeniem: prześliznąłem się jakoś przez wojnę.

        (Teraz myślę, że świadomość tego powinien mieć i bohater Odejścia Afrodyty. Zawsze uważałem, że nie ma prawa sądzić tego, co się działo w ludziach w getcie i w obozie ten, kto tam nie był. Drażnili mnie ci moraliści i katoni, którzy zawsze wiedzą, jak postępować, a czas zagłady znają tylko z relacji).


        Co czytać do poduszki? Przecież nie pamiętnik Perechodnika, to straszliwa lektura. Wziąłem wybór (Joanny Guze) z Dziennika Goncourtów i zacząłem myszkować po własnych podkreśleniach. Można dostrzec czytając, jak niebezpieczną chorobą jest ambicja pisarska, pogoń za sławą, poczucie niedopieszczenia. W miarę upływu czasu ten samotny staruch (Edmund; jego brat Juliusz zmarł młodo), dobrze zresztą umieszczony w "środowisku" (należy jak najbardziej do elity, jego znajomi i przyjaciele to Gautier, Flaubert, Taine, Sainte-Beuve, potem Zola), staje się coraz bardziej zawistny, nie uznaje nowego malarstwa, nowej literatury, zrzędzi, wszędzie widzi rozpustę (owszem, była!), ani nawet nowej kuchni, narzeka na "amerykanizację życia" (już wtedy!), by wreszcie zwrócić się ku antysemityzmowi. To jest ten bezpieczny, zaciszny port, w którym przycumowują nienawistnicy. Gdyby wiedział, ilu pisarzy żydowskiego pochodzenia dostanie ufundowaną przez niego nagrodę, a taki pan Kacew z wileńszczyzny nawet dwukrotnie: raz jako "Romain Gary", a raz jako "Emile Ajar"!... Warto napisać o nim esej (ależ napisano pewno setki), bo Edmund Goncourt, już bez brata nadal skrupulatnie prowadzący dziennik, to typ niemal kliniczny zapamiętałego pracownika literatury. Wszystko się w tej postaci skupia. Nie bez talentu, pomysłowości i profesjonalnych umiejętności, ale z m e n t a l n o ś c i ą grafomana.

        Wszystko w życiu dla nich było zapisanym papierem. Porównują powieść z historią (co przytacza André Billy w książce Bracia Goncourt): "Historia to powieść, która się zdarzyła; powieść to historia, która mogła się zdarzyć".

        Jeśli potrzebny jest przykład tego, co w przymusie pisania jest patologicznego, a potem w oczekiwaniu na przyjęcie bolesnego - to bracia Goncourtowie są w tym najbardziej wyraziści. "Naszą nie gojącą się raną - przyznają - jest w gruncie rzeczy ambicja literacka nienasycona, raną wciąż się jątrzącą i wszystkie gorycze tej próżności literackiej, która sprawia, że brak wzmianki w jakimś piśmie rani, a wzmianka o kim innym wprawia w rozpacz". Flaubert pochwalił im René Mauperin. Zachwycony! "Niektóre portrety klasyczne. Dialog między małżonkami jest wyborny, a żałoba wspaniała". Ale podejrzewali, że nie jest tak dobrze. Że Flaubert nie jest szczery. (Chyba mieli rację). "Straszliwe jest to życie pisarza, w którym - piszą - po męce niewiary w dzieło trzeba jeszcze znieść mękę niewiary w powodzenie".

        Ich stosunek do Flauberta zastanawia Billy'ego. Jak to się stało, że ten tak serdeczny człowiek nie podbił ich całkowicie? "Przyczyna tkwi w tym - odpowiada - że brakowało im umiejętności lubienia i że ich koncepcja życia, ciasna i pedantyczna, była przeciwieństwem flaubertowskiej. Flaubert popuszczał sobie cugli, ufnie odsłaniał się w ich obecności, nie bacząc, że obserwują go na chłodno..."

        Mieli prawo mu nie ufać, bo przez delikatność i z dobroci serca oszczędzał ich. Flaubert, podaje André Billy, pisze do kogoś o ich powieści: "Manette Salomon moich gołąbków wydaje mi się klapą takich rozmiarów, że zakrawa na pogrzeb; mimo wszystko to się da czytać". Do Goncourtów napisał oczywiście oględniej: "Przesiedziałem nad Manette calutki dzień bez przerwy. Oszołomiła mnie, olśniła, zatkała... (podkr. moje - JH) Aż kipi to talentem, a niech was! - I trochę dwuznacznie: - Nigdy jeszcze nie byliście bardziej s o b ą, a to najważniejsze". Ważniejsze od czego? - chciałoby się zapytać. Przypomina się Tomasz Mann, który kwitując nadesłaną powieść, przyznawał na odczepne autorowi talent, którego jemu, Mannowi, brakuje.

        Rozdrażniony miażdżącą recenzją Jules'a Lemaitre'a (wtedy najbardziej wziętego krytyka teatralnego, po latach studiował go z zainteresowaniem Boy-Żeleński), Edmund Goncourt napisał chamską ripostę: "Uważam, że powinien Pan mieć trochę miększe serce dla mojej Herminii Lacerteux. W moim domu mogła być służącą, ale Pan miał ją za żonę. Pod latarniami w Algierze do dziś jeszcze opowiadają sobie o Pańskich niedolach małżeńskich". Dawszy upust wściekłości i przespawszy się, w końcu tej riposty nie opublikował.

        Życie skażone sztuką przekładaną na zaczernianie papieru. "...miłość - piszą w 1859 roku, kiedy mieli wspólną kochankę - zajmuje nam pięć godzin tygodniowo - od szóstej do jedenastej, i ani jednej myśli przedtem czy potem". (I być może z tego brały się ich porażki).

        Rozczulające jest to ich artystostwo, idealizacja świata sztuki. "Niepodobna pogodzić pięknego, spokojnego gestu - piszą z rozbrajającą naiwnością - o wydłużonej linii, szeroko spadających fałd tuniki i togi na uroczystych ciałach starożytnego Rzymu i pięknej Grecji, z naszym melancholijnym torsem, nawykiem chodzenia ze zgiętym kręgosłupem, kołysania rękami i nieharmonijnego opadu na fotel". Śmieszne: wyidealizowana kraina starożytności wzięta z rzeźb... A przecież wystarczyło czytać satyryków - Petroniusza, Marcjalisa - (nie wspominając już o możliwości posługiwania się własnym rozumem) - żeby uprzytomnić sobie, że zawsze byli cherlacy, osoby pokraczne i dziwadła.

        Ale oto zapis godny wielkiego pisarza: "Moja kochanka leży obok pijana absyntem. Upiłem ją i śpi. Śpi i mówi. Słucham zatajając oddech. [...] Niemal z lękiem pochylam się nad tym ciałem, w którym wszystko zgasło i trwa tylko zwierzęce życie, nasłuchując, jak powraca przeszłość niby zapomniana zjawa. Te sekrety bliskie wyjawienia, a bezwiednie strzeżone, ta tajemnica myśli nieświadomej, ten głos w ciemnościach mają w sobie coś przerażającego. Jakby śnił trup..."

        Biadali (nie wiadomo który):

        "Nigdy, przenigdy portier nie wręczy mi listu, który wyznacza mi schadzkę w powozie zaprzężonym w cztery konie, o północy, przy rondzie Pól Elizejskich: zawiążą mi oczy, a potem ujrzę księżnę..." (Księżnę. Wyśniony świat tytułów, na który i Proust był wrażliwy, dopóki go nie przeniknął i nie opisał).

        W piętnaście lat później rozeszła się pogłoska o planowanym małżeństwie samotnego Edmunda z pewną panią. "Gdybym był młodszy - zapisał - miałbym pokusę ożenić się z nią, by pisać o kobiecie, o pannie z naszych czasów powieści".

        Kiedy zaczął publikować Dziennik, w towarzystwie mówiono o nim z obawą. "...różni ludzie - pisze Billy - prosili księżniczkę (Matyldę), by nie zapraszała Goncourta w jednym dniu z nimi. Ona sama miała do niego żal, że przytoczył w Dzienniku powiedzenie Flauberta o głupocie Napoleona III". Taine jest "łajdak", "nędznik i tchórz", bo protestuje przeciw publikowaniu tego, co powiedział podczas obiadu u Magny'ego. My sądzimy, że ma rację, kiedy pisze do Edmunda, że chce odpowiadać tylko za to, co napisał z rozmysłem, po zastanowieniu, a nie za lekkomyślne wypowiedzi przy pieczystem. Zapis niedopieszczonego serca z 1886 roku: "Już siódmy odcinek Dziennika idzie w "Le Figaro" i ani jednego listu, ani jednej kartki, żeby mi powiedzieć: Dobre!"

        Jako lektura - to wspaniałe. Jest z czego czerpać. "Flaubert cytuje nam niebywały artykuł krytyczny o Pani Bovary, który kończy się słowami: "Jak można sobie pozwalać na styl tak haniebny, gdy na tronie zasiada cesarz - pierwszy z pisarzy języka francuskiego!"" Albo to: Pytano Rotszylda, czemu renta spadła na giełdzie poprzedniego dnia. Odpowiedział: "Albo ja wiem dlaczego jest zwyżka lub zniżka? Gdybym wiedział, zrobiłbym majątek!" Czy to: "Sainte-Beuve tylko raz widział Napoleona I: było to w Boulogne i cesarz właśnie siusiał. W tej postawie widział odtąd i oceniał wszystkich wielkich ludzi". Albo ten fragment o księżniczce Matyldzie, która "nie może się pogodzić z faktem, że w łóżku skazana jest robić z mężczyzną to samo, co służąca z powieści Edmunda".

        Stetryczałemu Edmundowi coraz mniej się podoba. Nie lubi przede wszystkim nowości. Nie lubi sportu. (Chociaż podziwia starożytnych). Wioślarstwo - to "blaga, blaga, blaga". Tych samych słów użyje, pisząc o Manecie: "Blaga, blaga, blaga". W kabarecie paryskim śpiewał Bruant (którego legendą żył Paryż, kiedy pojawił się w nim młody medyk Tadeusz Żeleński). Można było się spodziewać, pisze biograf Goncourtów, André Billy, że Edmundowi, autorowi Herminii Lacerteux i Prostytutki Elizy realistyczny piosenkarz się spodoba. Nic podobnego! - zdumiewa się biograf. Zapis w Dzienniku: "Rynsztokowy liryzm, ohydne wyrażenia, brudne słowa, cuchnący żargon, język najpodlejszych burdeli i szpitali dla weneryków. Miałem wrażenie, że jestem w towarzystwie odpoczywających katorżników".

        Ci młodzi wiedzieli, co o nim sądzić. Opinia z "Le Décadent" (wpisana lojalnie przez Edmunda do Dziennika, może by dać świadectwo, jak go krzywdzono): "Pan de Goncourt jest głęboko antypatyczny znacznej części literackiej młodzieży: to nieudany, pyszny i zawistny pisarz, który na usprawiedliwienie nie ma nawet względnej biedy". Tej biedy, której zaznawał znienawidzony przez autora Dziennika Verlaine. ("Przeklęty niech będzie Verlaine!").

        Czemu się miotasz, katorżniku słowa? Samych braci, w ich wczesnych latach, to zastanawiało. "Życie ma dla nas - notują w 1864 - mdły smak, a nuda życia budzi w nas ciągłe obrzydzenie". Ale może za wiele wymagają? "W gruncie rzeczy na co możemy się uskarżać? Żadnych zmartwień, środki do życia; drobne dolegliwości, które zgoła jeszcze nie psują egzystencji (wkrótce Juliusz zachoruje na syfilis), kochanka na dwóch, która nie zajmuje więcej miejsca w naszym łóżku niż w życiu; dobre imię w literaturze. Czemu rozpaczać? Czemu?" W pytaniu zawarta jest odpowiedź: umieją sobie nieumiarkowaną ambicją zatruć szczęście.

        A pod koniec, w roku 1893, są dni, w których Edmund ma ochotę się zabić. Zostawiając testament pisze dlaczego. I tu wybuch obrzydzenia do teraźniejszości, sprawy duże i malutkie w jednym kotle: wstręt do Carnota, do tego, że w maśle jest margaryna, że do wina pozwala się dolewać wodę, wreszcie dla wszystkich "ponieważ", "których przyczyną jest postęp w polityce, w przemyśle, handlu i kuchni".

        Jakaś próba generalna nie mogła się odbyć, bo aktor stracił głos. Edmunda to nie zaskoczyło: wychodząc z domu stłukł kieliszek. Dostał z n a k. Tę wiarę w cudowne znaki zsyłane tylko dla niego dzielił Edmund z każdym z nas. W sensie systemowym jest to myślenie egocentryczne - tak jak istnieje myślenie heliocentryczne. Tylko my o tym na ogół zapominamy - Goncourtowie nie zapominali nigdy. Ich szczęśliwe życie było ich cierpieniem.


        Dziewczyna w wózku do pielęgniarki od fizykoterapii (już takiej przed emeryturą): "Bardzo panią kocham". "I ja ciebie też". Pielęgniarka mówiła do niej "córciu"...


        Samego rana, kiedy wpadłem do Warszawy, do domu - telefon. Usłyszałem charakterystyczny brzdęk, kiedy łączy automat z Nowego Jorku, pomyślałem: "to ona", zapita dziewczyna, która dzwoni o najbardziej fantastycznych porach, już chciałem odłożyć słuchawkę, ale rozmyśliłem się, bo a nuż to co innego. Jednak to był Nowy Jork, tylko że głos męski, głęboki, mój kolega gimnazjalny. Dotarł do mnie poprzez lekturę Nowolipia. "Czy mnie pamiętasz?" - zapytuje. Pamiętam go, i to aż tak bardzo, że coś tam z niego przeszło (matka przede wszystkim, pewne sytuacje i część nazwiska) do postaci Śliwickiego, geniusza z ostrym kompleksem niższości w Przed wielką pauzą. Ale mu o tym nie powiedziałem, bo pewnie nie byłby zadowolony, trzeba by mu było tłumaczyć - jak zwykle profanowi - że na tę postać złożyło się kilku kolegów. Powiedziałem mu tylko, że pamiętam prezent, jaki od niego dostałem: pięknie wydaną Marię Malczewskiego. Zdumiony: Ty to pamiętasz! Ależ tak, mieliśmy taki egzemplarz! Kiedy przeczytał Nowolipie, ucieszył się, że wyszedłem cało z wojny. Prawie nikogo z klasy nie pamięta, mnie jednego często wspominał, wzdycha: "Taki talent!..." (Przepraszam, ale to on tak powiedział)... Meandry pamięci, fałsze pamięci. "Pomyliłeś się - mówi - to nie ty zgubiłeś kartkę z przemówieniem podczas rozdawania małych matur, to inny chłopak, miał przemawiać i zgubił, i wtedy profesor Rath (Gruba Dupa) poprosił ciebie". "Ale jakbym mógł odtworzyć przemówienie, którego sam nie przygotowałem?" On upiera się przy swoim: "Miał przemawiać prymus, a ty nie byłeś prymusem". "Dla Ratha byłem prymusem". (Meandry pamięci, przesunięcia faktów. Kazik Bramnik, który przyjaźnił się z Natkiem Bursztynem, sekretarzem naszej gazetki szkolnej, powiedział raz: "Pamiętam, jak poszedłeś z nim do Tuwima po wywiad". "Nigdy nie byliśmy u Tuwima - prostuję. - Wywiad przeprowadziłem z Winawerem". "Ale co ty mówisz! Z Tuwimem!" "Ja chyba wiem lepiej, z kim przeprowadzałem wywiad". Nie, on wie lepiej! Wbił sobie to do głowy i nie chce się z tego teraz wycofać). Powiedziałem koledze z Nowego Jorku, że nie warto sprzeczać się na odległość. Powiedziałem mu, że pamiętam jego matkę, była jego duchem opiekuńczym (kiedyś prosiła mnie, żebym roztoczył nad nim swoją protekcję, dosłownie o to prosiła, ja miałem być ten zaradny!). On był ciamajdą. Kim jest teraz? Kupcem - odpowiedział. Ja, ze śmiechem: no, to dałeś sobie radę lepiej niż ja. Zastrzegł się od razu: nie jestem bogaty. Ale powodzi mu się nieźle. Polszczyzna normalna, bez nalotów. Nazywa się teraz Antonio Bergos. Jak się uratował? Matka (tak, ta mądra, wspaniała, atrakcyjna matka) kupiła w 1940 roku w Warszawie dokumenty meksykańskie. Wyjechali do Włoch, stamtąd do Hiszpanii, z Hiszpanii na Kubę. Tu utknęli na pięć lat, ma nawet obywatelstwo kubańskie. Aha, mówi, w Tel Awiwie na uniwersytecie jest profesorem Józio O. - czy pamiętasz go? Ależ tak, oczywiście, same piątki, syn lekarza, niedojda z gimnastyki, też miał piękną i opiekuńczą matkę, Rath krzywił się, że maminsynek. "Ja też byłem maminsynkiem" - śmieje się kupiec Antonio Bergos.

        Maminsynkowie się uratowali, ponieważ ratowały pieniądze. Ratował dobry wygląd. Dobra polszczyzna. Biedny, żydłaczący, z semickim wyglądem - nie miał szans.





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.