Logo Midrasza


  Dlaczego nie jestem żydówką - z Andą Rottenberg rozmawia

DOROTA SZWARCMAN

 
fot. Krystyna Świrszcz

fot. Krystyna Świrszcz

Ostatnio wiele osób, w tym 90 posłów III RP, wysyłało cię do Izraela. Ty mawiasz o sobie, że nie jesteś żadną Żydówką. Myślę, że łamy "Midrasza" są odpowiednim miejscem, gdzie mogłabyś o tym opowiedzieę - nie po to oczywiście, żeby się z czegokolwiek tłumaczyę.

        Nie jestem Żydówką z punktu widzenia prawa żydowskiego: nie urodziłam się z matki Żydówki. To po pierwsze. Po drugie, nie zostałam wychowana w kulturze żydowskiej, nie otarłam się o nią nawet. Jedyne, co wyniosłam z domu, to kilka żydowskich potraw, które moja mama nauczyła się robię, żeby ojcu sprawię przyjemnośę. Przyjechała do jego rodzinnego Nowego Sącza. Było tam niewielkie grono sąsiadów-Żydów, którzy jeszcze nie wyjechali z Polski. Mama była osobą ambitną, więc sama nauczyła się przyrządzaę dania kuchni żydowskiej. Karp, wątróbka, mace-braj, cwibak (ale to już ogólnogalicyjskie), knedle gotowane w rosole. Ja zresztą nie wiedziałam, że to jest żydowska kuchnia, wydawało mi się, że tak wszyscy jedzą - z wyjątkiem oczywiście mace-braj, ze względu na nazwę i na to, że była w tym maca. Ale u nas nie mówiło się karp po żydowsku, tylko karp na słodko. Poza tym obchodziliśmy wszystkie święta katolickie - ojciec bardzo lubił Wigilię, nie mam pojęcia, skąd mu się to wzięło. Mój tatuś zresztą najbardziej lubił szynkę z tłuszczykiem. A mama była Rosjanką z prawosławnego domu...


        Podobno ochrzciła cię w cerkwi?

        Nie ona, ale babka ze swoją siostrą. Działo się to na Syberii, był komunizm i mama tuż po łagrze. Bała się. A moja babka uznała, że chrzest nie zaszkodzi. Po cichu zaniosły mnie do jakiejś kapliczki i ochrzciły.


        To było tam możliwe?

        Oczywiście, że tak, tylko się o tym nie mówiło, ale zawsze były miejsca, gdzie można było dziecko ochrzcię, był pop. W Legnicy chodziłam do klasy z synem popa. Specjalnie się z tym nie afiszował, ale wszyscy wiedzieli, kim jest jego ojciec. A sto metrów dalej, w najstarszym w Legnicy kościele, niegdyś Mariackim, w jednej kruchcie był kościół ewangelicko-augsburski, a w drugiej - cerkiew prawosławna. Podzielili tę wielką gotycką budowlę i jakoś współdziałali. Wracając do mojej sytuacji: silniejszą osobowością w domu była matka, miała więc na mnie większy wpływ. Od początku byłam dzieckiem dwujęzycznym - z ojcem mówiłam po polsku, z matką po rosyjsku. Mama przekazywała mi też wiadomości o literaturze, obyczajach, kulturze. A ojciec nie czuł się za bardzo Żydem, nie chodził do synagogi. Pamiętam, raz tylko kiedyś mi napomknął, że dziś jest żydowski nowy rok, a ja powiedziałam: - To co z tego? - Pomyślał, że już może dojrzałam do przyjęcia tej sprawy, a ja wtedy miałam 15-16 lat i byłam w okresie buntu.

        Inna sprawa, że nie lubiłam tych Żydów w Nowym Sączu, a potem w Legnicy. Myślę, że w jakiś sposób odbijałam poglądy mojej mamy. Ale mama nie była antysemitką, obcy jej był wszelki szowinizm. Kiedyś powiedziałam coś o kimś, charakteryzując go przez narodowośę. A mama do mnie: - Słyszę to po raz pierwszy i ostatni w życiu. - I odbyła ze mną bardzo poważną rozmowę na temat tego, że ludzi się nie dzieli na narody, tylko na dobrych i złych, uczciwych i nieuczciwych. Zapamiętałam to na zawsze i już nigdy potem nie zauważałam, kto jest Żydem. Oprócz tych znajomych z Nowego Sącza i z Legnicy. W Nowym Sączu oni byli wszyscy bogaci, a my byliśmy biedni.


        To byli przyjezdni ze Wschodu, czy tacy, co się przechowali?

        Przyjezdni. Przechował się tylko kuzyn mojego ojca, Kazik - ukrywał się u pewnej góralki, Hanki. Mieszkali w Nowym Sączu, ja zresztą tę Hankę bardzo kochałam - i tam nie było mowy o jakimkolwiek żydowskim obyczaju, bo dom prowadziła ona. Kazik był biedny, podobnie jak my. Mieszkaliśmy w dwóch pokojach bez kuchni, bo ojciec sprzedał wcześniej dom, który pozostał po jego rodzinie, ale pieniądze natychmiast przegrał w karty. Było tak: pociąg repatriacyjny pojechał do Szczecina, a ojciec stamtąd pojechał do Nowego Sącza sprawdzię, czy ktoś z rodziny przeżył. Okazało się, że poza Kazkiem nikt, a dom po rodzinie pozostał, więc trzeba go sprzedaę. Wziął pieniądze, dojechał do Szczecina i zanim spotkał się z mamą, to już je przegrał. Mimo to pojechaliśmy do Nowego Sącza - i tu wielkie rozczarowanie mojej mamy, którą ojciec przywiózł ădo Europy". Mama, osoba kulturalna, przed wojną spędzała wieczory w operze, a jej siostra była primadonną - miała sopran dramatyczny. I nagle mama przyjechała do tej Europy i została zawieziona na ulicę Wałową w Nowym Sączu. Gdzie ta Europa? Ona się tam męczyła potwornie - raz, że nie znała języka, dwa - że tam była jak w soczewce cała Galicja. Na żydowskiej ulicy mieszkały upierścienione, wulgarne baby i faceci, którzy wyglądali mi na gangsterów - miałam wtedy pięę lat, więc może nie wymyśliłam tego sama, tylko mama musiała coś takiego powiedzieę tacie.


        Tacy gangsterzy jak z Babla?

        Tacy właśnie. Niewątpliwie przyjechali z Rosji, jakoś zdążyli się nachapaę, nie wiem na czym. Nie był to sympatyczny świat. A potem w Legnicy byli sklepikarze, którzy jeszcze na dodatek ogrywali ojca równo w karty. Wracał nad ranem, a mama przeklinała oczywiście. Patrzyłam więc na tych Żydów, którzy byli okropni, a innych dookoła nie było. Tylko krótko chodziłam do szkoły z dzieęmi z inteligenckich domów, ale oni wszyscy szybko wyjechali. W szkole była atmosfera pełnej tolerancji - chodzili tam wszyscy, od autochtońskich Niemców mówiących po polsku, po Greków, Żydów, Ukraińców, Litwinów, którzy wylądowali na Ziemiach Odzyskanych.


        Ostatnie chwile wielonarodowej Polski.

        Mimo to nie było we mnie zainteresowania ani akceptacji dla własnego żydowskiego pochodzenia. Wiedziałam też jedno: nie jest dobrze byę Żydem. To było zaraz po wojnie i wiadomo było, że Żydów się zabija. Patrzyłam w lustro i zastanawiałam się, czy mam jakieś żydowskie rysy - no nie, oczy niebieskie, włosy blond...


        Tak zwany dobry wygląd, jakby się powiedziało w czasie wojny.

        Mój tata też miał dobry wygląd. To mama miała zły, bo była brunetką z długim nosem - a była czystą Rosjanką, z domieszką polskiej krwi. Tak więc nie czułam się Żydówką. Kulturą żydowską zaczęłam się interesowaę w stanie wojennym.


        Dopiero.

        Nie wiedziałam wtedy nawet, jaka jest różnica między cadykiem, chasydem a rabinem. Zaczęłam czytaę Singera, dowiadywaę się... słowem, przestałam się od tego odcinaę, ale to już było po śmierci mojego ojca w 1976 roku. Wtedy nagle poczułam, że nic nie wiem o jego rodzinie. Nie znałam z niej nikogo poza Kazkiem, który zresztą w końcu lat pięędziesiątych. wyemigrował do Kanady i tam umarł. Nagle okazało się, że nie mam rodziny. Zaczęłam docieraę do żydowskości przez literaturę. Oczywiście wcześniej świetnie orientowałam się w kulturze rosyjskiej i polskiej. Mój ojciec był najprawdziwszym polskim patriotą.


        Podobno po 1968 roku to on i ty nie chcieliście wyjeżdżaę z Polski, a mama chciała.

        Tak, mama myślała, że może gdzie indziej będzie lepsze życie, i zapytała mnie: - To może wyjedziemy, jak nas tak wyrzucają? - Ja powiedziałam: - Mnie? Z mojego kraju? Mnie to nie dotyczy.


        Antysemityzm cię nie dotknął?

        Nie. Studiowałam wtedy w Warszawie i mieszkałam w akademiku na Kickiego. Nie spotkałam się z antysemityzmem, przeciwnie, przez 68 rokiem byłam obiektem zainteresowania ze strony grupy Dajczgewanda. A ja zawsze się broniłam przed przynależnością - partyjną, grupową, towarzyską. To była taka klaustrofobia ideologiczna, za nic w świecie nie chciałam zostaę określona. Miałam potrzebę kierowania się tylko swoim rozumem. W związku z tym, kiedy mnie kwalifikowali jako Żydówkę i zapraszali na jakieś wieczory w klubie Babel, nie poszłam tam ani razu. Sprawy narodowościowe nie przychodziły mi w ogóle do głowy. Do marca.

        8 czy 9 marca nagle zrozumiałam, że coś tu jest grane nie tak, a 12 marca mój ówczesny narzeczony wpakował mnie w pociąg i zawiózł do domu. Powiedział: - Kochana, wiesz co, lepiej, żebyś ty była teraz w Legnicy. - A w Legnicy widzę, że moi koledzy szkolni już się pakują. I mnie pytają: - A ty? - A ja nie, to jest mój kraj. Było to tym trudniejsze, że ja się urodziłam w Rosji, i sama podjęłam decyzję co do swojej narodowości. Był taki czas w dzieciństwie, kiedy bardzo chciałam byę Rosjanką - nasączona tą kulturą i literaturą myślałam, że to jest przodujący naród. Ale bardzo szybko zrozumiałam, że nie jest.

        I musiałam sobie odpowiedzieę na to pytanie, na które w normalnym świecie nikt nie musi sobie odpowiadaę. Ludzie urodzeni w Stanach są Amerykanami, a jeśli przyjeżdżają z jakiegokolwiek kraju do Stanów w wieku dwóch lat, to też są Amerykanami. A ja musiałam sobie odpowiedzieę na pytanie: kim ja w gruncie rzeczy jestem? Jestem Polką, to jest mój język, mój kraj. Nie miałam z tą decyzją problemów. Może dobrze się przyjaźniłam, w każdym razie zawsze byłam związana z takimi Polakami, którzy w ogóle nie zważali na pochodzenie. Tylko ojciec mojego dziecka, kiedy padło pytanie, czy ochrzcię naszego syna, powiedział: - Zwariowałaś? Dziecko Żydówki będę chrzcił? - No, potem się to strasznie odbiło na Mateuszu. Jego ojciec zresztą miał jakiś wewnętrzny konflikt. Pochodził ze szlachty herbowej, ale urodził się 2 kilometry od Treblinki. A jego stryj był w partyzantce w tamtych lasach, w AK. Cała rodzina była osiadła na tym Podlasiu. W związku z tym miał jakiś problem z żydostwem, i dotychczas ma. To właściwie trudno określię, czy jest antysemitą, czy nie. Ja uważam, że jest - zawsze go interesowało, kto jest Żydem. Dla mnie antysemita to ktoś, kto patrzy na ludzi i zastanawia się, czy ktoś jest Żydem, czy nie.


        Ale między Żydami też tak bywa - patrzą na człowieka i zastanawiają się, czy ten ktoś jest Żydem, to znaczy: czy jest ănasz", czy można przy nim różne rzeczy mówię, czy nie. Więc to niekoniecznie antysemityzm.

        W każdym razie on miał z tym jakiś problem. Nawet czasami zachowywał się jak Żyd.


        To znaczy?

        Żydłaczył. Mówił, że się urodził w dymach Treblinki, co dużo dawało do zrozumienia - bo rzeczywiście się urodził w dymach Treblinki, ale po aryjskiej stronie.


        No, tam raczej nie można się było urodzię po innej stronie.

        Nie, ale problem polegał na tym, że to do mnie wróciło w takiej formie: jedna z jego koleżanek z pracy coś napomknęła, nie pamiętam już w związku z czym, że on jako Żyd... Ja mówię: - Słucham? - Ona:

        - No, my jesteśmy przekonani, że on jest Żydem, bo on daje nam to do zrozumienia. - A on z żadnej strony nie jest Żydem, o ile mi wiadomo, choę diabli wiedzą, na tym terenie nikt nie wie, kim jest. Tak naprawdę to nie wierzę, żeby ktoś do końca wiedział, kim jest. Znam kogoś, kto twierdzi, że pochodzi w prostej linii od świętego Włodzimierza i ma to na piśmie. Może sobie mieę na piśmie, ale w genach - nie wiadomo. I dzisiaj mówienie o czystości rasy w Europie jest jakąś paranoją - zwłaszcza w tej części Europy, która była terenem przemarszu wszystkich możliwych narodowych konfiguracji. Dlatego uważam, że Żyd to jest ktoś, kto ma poczucie przynależności do określonej kultury i tradycji. W tym sensie ja się nie czuję Żydówką. Nie mam poczucia tej przynależności. Ale się tego uczę. Nie po to, żeby zostaę Żydówką w przyszłości, bo nie mam takiego zamiaru.


        Nie jest ci to potrzebne.

        Nie jest. Natomiast niedawno - dwa lata czy półtora roku temu - wprosiłam się na kolację szabatową do znajomych, bo nigdy w życiu w tym nie uczestniczyłam. To było bardzo cenne, bo u nich te kolacje są prawdziwym przeżyciem. Rok temu byłam też po raz pierwszy na sederze w żydowskim domu w Nowym Jorku, gdzie obecne były trzy pokolenia. Pierwsze, które między sobą mówiło po polsku, potrafiło przeczytaę po hebrajsku kawałek Biblii. Drugie czytało tylko po angielsku, a trzecie, czyli młodzież - znów umiało czytaę po hebrajsku. Po raz pierwszy zetknęłam się z urodą obyczaju, o którym nic nie wiedziałam, bo nikt mi tego nie pokazał. Moja matka wyprawiała dwie Paschy: katolicką i prawosławną. Na prawosławną robiło się pięędziesiąt babek, ponieważ wtedy każdemu daje się babkę, czuwa się całą noc i rano się mówi: Christos woskries. Mimo to cerkiew była dla mnie taką samą tajemnicą jak synagoga, bo nie chodziłyśmy tam. Ja zaczęłam chodzię do cerkwi - i teraz chodzę co rok, 15 marca - po to, by odprawię panichidę za duszę mojej mamy. Uczestniczę w tym biernie, bo tylko tak potrafię, ale to jest naprawdę piękne i wzniosłe. W związku z tym najczęściej bywam w kościele katolickim - głównie na pogrzebach, ale nie tylko.


        Z tego powodu, że wybrałaś polskośę?

        Nie. Przede wszystkim kościół był miejscem, w którym odbywały się moje studia. Historia sztuki jest związana z historią Kościoła. Tak więc kościoły są dla mnie miejscem najbardziej oswojonym - nie mam oporu, by tam wejśę. Do synagogi sama nie wejdę, bo boję się, że naruszę jakieś zasady - podobnie jak do meczetu, chyba żeby go zwiedzię. Natomiast myślę, że Bóg jest ponad religią i każda świątynia jest równie dobra. Ja do żadnego Kościoła czy zgrupowania religijnego nie należę, ale uważam, że Bóg jest. I wydaje mi się, że chwalię Go można wszędzie. Mnie najłatwiej to przychodzi w kościele katolickim - tam się czuję najbardziej naturalnie. Znam katolickie modlitwy, umiem w nich uczestniczyę. Ale to nie znaczy, że należę do Kościoła katolickiego. Ja tam jestem gościem.


        Wszędzie jesteś gościem.

        Wszędzie. I wcale nie jest mi z tym źle. Bardzo nie chciałabym tego zmieniaę. To przypadek, że urodziłam się w Rosji, wychowałam w Polsce, mieszkam w Warszawie. Równie dobrze mogłoby byę inaczej. Mnie jest o tyle łatwiej, że nie mam w gruncie rzeczy żadnych korzeni. Kiedy mój syn skończył 18 lat, pojechałam z nim na Syberię, żeby pójśę na cmentarz i zobaczyę groby naszych przodków. I co tam było? Park kultury. Cmentarz został zaorany i nie było śladu po tych moich rosyjskich przodkach...

        Ocalały zdjęcia rodziny mojej mamy z początku tego stulecia. Natomiast po rodzinie mojego ojca mam dwie malutkie fotki i zdaje się, że na jednej jest siostra, a na drugiej matka, nie wiem na pewno. Jeżeli to jest moja babka, to była bardzo brzydka, chyba ojciec był podobny do niej, ale jako mężczyzna jakoś lepiej wyglądał. I nic więcej nie wiem.


        Żadnych rozmów na te tematy nie było?

        Ojciec nie chciał rozmawiaę. Kontakty z nim były bardzo trudne. Obrażał się na mnie, kiedy nie realizowałam jego marzeń.


        O czym marzył?

        Chciał, żebym była uczoną osobą, wybitnym naukowcem. A ja w ósmej klasie zaczęłam obrywaę dwóje, palię papierosy, chodzię do kawiarni, no i strasznie rozczarowałam tatusia, bo przecież wcześniej, w podstawówce, byłam dobrą uczennicą, wzorową dziewczynką z warkoczami. I wszystko diabli wzięli w okresie dojrzewania. Wtedy on się na mnie obrażał i nie odzywał się do mnie całymi miesiącami. Przed maturą nasze życia toczyły się osobno. Z mamą rozmawiał, zresztą przede wszystkim ciągle się kłócili, mama też na mnie krzyczała. W pewnym momencie powiedziała:

        - No, chyba będziemy cię musieli wydaę za mąż. - I to mnie tak strasznie przeraziło, że bardzo szybko zdałam maturę i wyjechałam na studia. Ale gdyby w tym czasie, kiedy się tak buntowałam, sytuacja była inna, to może bym się więcej dowiedziała. Z Warszawy, ze studiów, przyjeżdżałam do domu już tylko na bardzo krótko, na dwa-trzy dni. Wystarczyło, żeby mama się poskarżyła na tatę, tata na mamę - a ja już się nudziłam i dawałam nogę. Człowieka zupełnie co innego interesuje, jak ma dwadzieścia lat. Kiedy w końcu dojrzałam do rozmów, to ojciec miał kłopoty z pamięcią - po sześciu latach łagru był bardzo schorowany. Po jego śmierci zaczęłam wypytywaę mamę, która wiedziała dużo. Ale zawsze myślałam, że jeszcze mi dopowie. Aż stało się tak, jak się stało, i nic mi już nie dopowie. Historię rodziny poznałam od przypadkiem odnalezionych kuzynek z tzw. linii budapeszteńskiej, które mieszkają w Szwajcarii. Dowiedziałam się, że dziadek, ojciec mojego ojca, został pilnowaę gospodarstwa, a jego brat wyruszył swataę ich wspólną siostrę w Budapeszcie. Ona tam wyszła za mąż, a on także już nie wrócił.

        Kuzynki odnalazłam dzięki czystemu przypadkowi. To było rok po śmierci mojej mamy. Attache kulturalny ambasady szwajcarskiej, jak tylko mnie poznał, powiedział: - A ja mam znajomą, która tak samo się nazywa jak pani, to na pewno pani rodzina. - Ja na to: - Rabin Paryża też się nazywa Rottenberg, a to nie jest moja rodzina. - Ale on tak długo się upierał, że mi załatwił stypendium z Pro Helvetii na pobyt studyjny, i kazał mi obiecaę, że spotkam się z tą Verą Rottenberg. Spotkałam się z nią, i ona powiedziała, że jej ojciec jest z ăNowi Sondetz" - czyli Nowego Sącza. To ona mi opowiedziała historię rodziny. Pojechałyśmy razem do Nowego Sącza na cmentarz i oglądamy macewy, a pilnujący cmentarza pyta, czego szukamy. My na to, że krewnych, którzy mieszkali tu przed wojną. A on: - Nie znajdziecie, ponieważ na tym terenie założono getto, a wszystkie macewy zostały wyjęte z cmentarza i wybrukowano nimi kawałek drogi. Te, które tu stoją, zostały ściągnięte z całego powiatu i symbolicznie ustawione, bo tu jest grób jakiegoś cadyka. - Ona poszła do tego grobu cadyka, karteczkę mu napisała. Z tego, co wiem, to rodzina mojego taty nie dojechała do Oświęcimia, tylko zostali zamordowani w wagonie. Mój ojciec zwiał w ostatniej chwili. Miał duże poczucie honoru i jak go Niemiec uderzył w twarz, to on mu oddał. Potem uciekł do Rosji, gdzie go natychmiast wsadzili do łagru.

        Jako szpiega oczywiście?

        Tak. I przesiedział tam do połowy 1944 roku. Najpierw w Archangielsku, a potem wywieźli go w głąb Syberii. W sumie bardzo żałuję, że nie miałam szans staę się Żydówką, bo może bym miała mocniejszą tożsamośę. Musiałam sobie sama ją wypracowaę, a jest to tożsamośę poniekąd outsidera, tzn. osoby, która nie przynależy do żadnej wąskiej, określonej grupy. Nie należałam do żadnej partii, w dzieciństwie dosyę krótko należałam do harcerstwa. Potem zapisałam się do ăSolidarności", ale to nie była partia. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle mieę tożsamośę outsidera - pewnie trudniej. Ale myślę, że dzięki temu jestem bardziej tolerancyjna. Może również stąd się wywodzi moja otwartośę w dziedzinie sztuki i próba jej rozumienia. Wszystko to prawdopodobnie musi się ze sobą wiązaę, bo ja rzeczywiście musiałam wytłumaczyę sobie świat i moje w nim miejsce.

        Byę może taka sama byłabym w każdym innym kraju. Każdego szowinizmu tak samo nie znoszę - polskiego, niemieckiego, rosyjskiego, żydowskiego. Wysyłanie mnie do Izraela jest oczywiście jednym z największych nieporozumień, bo tam to dopiero bym sobie pożyła. Pamiętam moją pierwszą podróż do Izraela: byłam zafascynowana drzewami oliwnymi, czerwoną ziemią, pustynią - odmiennością wszystkiego, co się tam dzieje. Ale fakt, że jest to państwo wyznaniowe, wydał mi się okropny. Oczywiście zapewne gdybym się tam urodziła i wychowała, może odczuwałabym to inaczej.


        Wciąż jesteśmy na poziomie walki plemiennej. To pomówmy jeszcze o objawie rodem z tej epoki, czyli o antysemityzmie. Czy w dzieciństwie spotykałaś się z tym zjawiskiem?

        Nie. Odczuwałam raczej zdziwienie. Pamiętam, że kiedyś w Nowym Sączu jakieś dziecko mnie zaprosiło do siebie i jego mamusia zapytała, czy ja jestem ta z parteru. Ja powiedziałam: - tak; wtedy ona powiedziała: no, to na pewno masz robaki. Ale to nie musiało byę związane z antysemityzmem.


        Kiedy pierwszy raz zetknęłaś się z nim osobiście?

        W stanie wojennym założyłam fundację Egit, która pomagała artystom. I w pewnym momencie zaczęły się telefony do biura - ktoś wysyłał mnie do Izraela. Wojtek Cesarski, który ze mną tam pracował, wykrzykiwał: - Nie podnoś słuchawki, ja podniosę. - Bo ja zzieleniałam za pierwszym razem.


        Czy to dzwoniła jedna osoba?

        Tak. To był rok 1986. Potem właściwie mnie to nie spotykało - do ostatnich czasów. Tyle tylko, że kiedy ukazał się w magazynie ăGazety Wyborczej" tekst Magdy Grochowskiej dwa lata temu, Iza Cywińska zadzwoniła i powiedziała: - Andusiu, tak chciałam, żebyś była ministrem kultury, ale w tym kraju po tym tekście nie masz szans.


        Ten tekst Magdy - to było z twojej strony trochę takie ăwyjście z szafy".

        Wiele osób się na mnie po nim obraziło.


        Za co?

        Różni moi przyjaciele uznali, że to jest niestosowne. Mnie też było ciężko, ale pomyślałam sobie, że jest lepiej, bo jak gdyby stawiam kropkę nad i - więc już dajcie mi wszyscy święty spokój. Bo oczywiście nikt mi nigdy niczego nie dawał poznaę, ale zawsze można wyczuę podteksty. Albo Żydzi uważali, że ja też jestem Żydówką, albo ktoś mówił, że mnie jest łatwiej, bo jestem Żydówką i mam dojścia do środowisk milionerów. A najbardziej to już nie znosiłam, kiedy mi mówili: jesteś taka zdolna jak wszyscy Żydzi. To gadanie, że Żydzi są zdolniejsi, muzykalniejsi, mają to wyssane z mlekiem matki, budzi we mnie totalny opór. Akurat tak się składa, że ten naród musiał bardziej kombinowaę niż każdy inny, i musiał czytaę Torę od najmłodszych lat - to oczywiście daje bardzo dużo, ale nie zdolności, bo widziałam przecież tylu jołopów...


        Jak w każdym narodzie. Filosemityzm ma w sobie zawsze odrobinę antysemityzmu.

        To, co objawiło się ostatnio, zwaliło mnie z nóg. No, rozumiem: taksówkarz, który mówi, że wszystkiemu winni Żydzi - różnie to bywa w różnych krajach, zawsze się zwala winę na kogoś innego. Ale w dobrej wierze mówione przez tego p-osła Tomczaka, szczególnie w ăKropce nad i "... Ja wiedziałam, że on mówi prawdę, to znaczy, że on naprawdę tak myśli i nie widzi w tym nic złego, uważa, że nie jest antysemitą. Bardzo ceni Izrael za to, że świetnie potrafi bronię swojej tożsamości religijnej. I on to odnosi do mnie, nie widząc różnicy. W ogóle. Tak jak nie widzi różnicy między figurą woskową a żywym papieżem - to jest dla niego jedno i to samo - tak nie widzi różnicy między obywatelem Izraela a Polakiem żydowskiego pochodzenia. I on mówi: - Ja tylko chciałem, żeby obcy ludzie nie rządzili galerią narodową. Cudzoziemcy. - Pytam, czy konieczne jest tutaj wyciąganie mojego pochodzenia tak expressis verbis, przecież ja tego nie kryję i zostało to w milionowym nakładzie opublikowane dwa lata temu, a pani Nowina-Konopczyna na to: - No widzi pani? Wszyscy wiedzą od dwóch lat, jakiego jest pani pochodzenia, a mimo to nadal jest pani dyrektorem galerii narodowej. - Mimo to. Rozumiesz?


        Jak usłyszałam o pośle Tomczaku i Nowinie-Konopczynie, to pomyślałam: no tak, po nich można było się tego spodziewaę. Ale przecież pod tym listem podpisało się kilkudziesięciu parlamentarzystów!

        Olszewski... Tego bym się nie spodziewała. On był przecież porządnym człowiekiem, tylko chyba zgłupiał. W samych kategoriach opłacalności politycznej nie wolno takich rzeczy robię. Inteligentny człowiek powinien umieę przewidywaę, co się zdarzy, jak w szachach. Szczególnie polityk. Jeśli ktoś myśli, że jak mnie opluje, to na tym tle zabłyśnie jego kryształowa sylwetka i zdobędzie większy elektorat - naprawdę gra na krótką metę. Tak może robię jakiś pętak, ale nie powinien tego robię Olszewski. Przecież co inteligentniejsi z tych ugrupowań - Jackowski czy Kamiński - nie podpisali się pod tym listem. To są ci, którzy grają na dłużej, i jak przyjdzie co do czego, mają czystą kartę. I wtedy sobie coś uświadomiłam. Pewna taka pani, trochę młodsza od mojej mamy, ciągle mi opowiadała, że przyjaźniła się w klasie z taką miłą Żydóweczką. Spytałam: - A co się potem z nią stało? - A ona: - Wiesz, nie wiem. - Albo takie gadki, że były sklepiki na Nalewkach i było fajnie, i ryba po żydowsku jest dobra, i komu to przeszkadzało. Ale pewnego dnia przy wyborach ta pani mówi: - No, ale przecież nie byłoby dobrze, gdyby w polskim rządzie zasiadali cudzoziemcy. - Ja mówię: - Jacy cudzoziemcy? - A ona: No, Geremek... - Oniemiałam. No wiesz, konstytucja Stanów Zjednoczonych mówi, że nie może zostaę prezydentem ktoś, kto się nie urodził w Stanach, ale jak się tam urodził, to każdy może. Jak Stanisława Lorentza spytano: - Odbudował pan ten zamek królewski, to czemu pan nie zostanie królem? - to odpowiedział, że nie może, bo jest protestantem. Takie były tu kiedyś reguły. Ale mówię akurat o Geremku, że jest cudzoziemcem...

        Jeszcze co do mnie, to urodziłam się w Rosji i mogę nie uchodzię za Polkę w oczach przeciętnego Polaka. Chociaż wydaje mi się, że to i owo dla Polski zrobiłam. Ale to może i wiąże się z moją decyzją, bo postanowiłam, że będę Polką, będę pracowaę dla Polski. Dlatego też nie robiłam doktoratu o sztuce rosyjskiej, choę miałam ją w małym palcu. To były lata siedemdziesiąte i uważałam, że ponieważ Polska jest zależna od Rosji, to ja nie będę się przyczyniaę do rusyfikacji tego kraju.


        Trochę może przesada.

        Ale to był mój wybór. Zawsze tak żyłam, żeby nie musieę się niczego wstydzię i z niczego tłumaczyę. I tu zobaczyłam ten swoisty antysemityzm nieuświadomiony, który polega na poglądzie: wy, Żydzi, jesteście bardzo fajnym narodem, my to bardzo cenimy, ale nie wtrącajcie się do naszego kraju. Tak mówią Tomczak i Nowina-Konopczyna, i uważają, że nie są antysemitami. Tak też jest w listach, które dostaję.


        Jakie to są listy?

        W większości anonimy, ale nie tylko. Są i podpisane, gdzie nie zwracają się do mnie: ty wszawa Żydówo, tylko: proszę pani.


        W ogóle nie pada w nich słowo ăŻyd". Znam ten fenomen, ponieważ sama dostawałam takie listy. Pamiętam, że jak kiedyś w ăGazecie Wyborczej" skrytykowałam Bogusława Kaczyńskiego, to bardzo szczególny ăelektorat" się wtedy odezwał - były i obelżywe anonimy, i listy podpisane, i telefony do redakcji. Ostatnio, po moim broniącym Zachęty artykule we ăWprost" pt. Skandal przez pomyłkę, znów otrzymałam taki list. Była tam mowa o tym, że ludzie o takich nazwiskach, jak Szwarcman, Rottenberg czy Szeemann (!), niszczą polską kulturę, ale nie było mowy o Żydach. Autor się podpisał, a jakże, podał adres, miał nawet bodaj stopień doktorski. Właściwie mogłam mu nawet odpisaę, ale ja takie listy wyrzucam.

        Ja zachowuję wszystkie, ponieważ chcę wytoczyę proces posłowi Tomczakowi o podżeganie do nienawiści rasowej. To będą dowody. W każdym razie i te uprzejmiejsze, i te koszmarne anonimy są równie obrzydliwe. Wyraźnie widaę, że dużo tu psychopatii.


        No oczywiście. Ale ja się zastanawiam raczej nad motywacjami takich ludzi, którzy piszą z imieniem, nazwiskiem i adresem.

        Są też kartki-odkrytki, żeby przeczytali wszyscy pracownicy. Jednego dnia ktoś wysyła dwanaście takich kartek.


        Że też komuś się chce marnowaę na to czas i pieniądze.

        Są też takie listy bardziej sofisticated. Jakaś młodzież pisze do mnie e-mailem, że to nie jest moja wina, i że kulturę polską trzeba od kilku pokoleń wchłaniaę z mlekiem matki, bo taki świeży Polak to nie jest w stanie zrozumieę naszej brzozy.


        - Bo ty pewnie tylko palmy rozumiesz... Myślałam, że młodzież w tym kraju jest już bardziej światła.

        Mnie to też przeraziło.


        Zawsze sądziłam, że to zjawisko dotyczy ludzi starszych.

        Najczęściej tak, te listy bywają pisane takim pięknym, kaligraficznym charakterem. Głównie piszą mężczyźni. Czasami także kobiety, ale sądząc po dodatkach seksualnych, to muszą byę mężczyźni. W każdym razie jest to syndrom ludzi niewyżytych, zgorzkniałych - oczywiście kierujących swoją agresję nie tylko do Żydów.


        Frustraci są zawsze, wszędzie i z każdego powodu, natomiast przerażający jest fakt, że dziewięędziesięciu posłów nie wstydziło się takiej wypowiedzi.

        Więcej - w żadnym cywilizowanym kraju nie mogłoby się zdarzyę, żeby taka akcja pozostała bez echa w sensie prokuratorsko-formalnym. To jest przecież jawne naruszenie praw człowieka - próba karania mnie w związku z moim pochodzeniem. Mam takie poczucie, że jeżeli to nie zostanie oficjalnie napiętnowane, w jednoznaczny sposób - przez premiera, marszałka Sejmu czy kogokolwiek - to ta sytuacja daje przyzwolenie społeczne dla pogromów. Nie mówię tutaj akurat o moim bezpieczeństwie, bo ja mogę umrzeę w każdej chwili, jak mi ktoś przywali na ulicy. Natomiast wstydzę się za taki kraj, dlatego że przez całe życie zapewniałam wszystkich, kto mnie o to pytał, że w Polsce nie ma żadnego antysemityzmu.


        Bo z antysemityzmem w Polsce jest jak z rzeką podziemną, ona ciągle jest i teraz znowu wypływa. Nie należy mieę złudzeń.

        Co innego złudzenia, a co innego przyzwolenie społeczne czy przyzwolenie ze strony rządu. Ten kraj nie będzie normalny, póki społeczeństwo nie będzie się antysemityzmu wstydzię.


        Ja uważam, że w normalnym kraju takich posłów należałoby natychmiast pozbawię immunitetu. A że nic nie wskazuje, by coś takiego w ogóle mogło się staę, to czuję się ostatnio jak w kraju faszystowskim. Ty pewnie też - i dlatego na ostatnim wernisażu w Zachęcie wystąpiłaś z żółtą gwiazdą na plecach...

        Powtórzyłam gest mojego syna. Mateusz był przywiązany do dziadka, czyli do mojego taty, i jak usłyszał, że jest po części Żydem, to bardzo mu się to spodobało, bo uważał, że to jest coś oryginalnego, fajnego. Ale kiedy pochwalił się tym przed kolegami, usłyszał od nich, że to wcale nie jest takie dobre. I wtedy, na znak demonstracji, wyhaftował sobie gwiazdę Dawida na sweterku. Mial wowczas dwanascie lat.





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.