Logo Midrasza


 
Emisariusze w globalnej wiosce

          Piotr Paziński Niedługo po śmierci Rebego Menachema Schneersona w środowiskach chasydów z Lubawicz pojawiły się głosy, że osierocony ruch (Rebe nie pozostawił potomka) nie przetrwa dłużej niż kilka lat. Dziś, po niemal dziesięciu latach, jakie upłynęły od jego odejścia w czerwcu 1994 roku, Chabad jest nie tylko największym ugrupowaniem chasydzkim, ale być może najbardziej wpływową żydowską organizacją na świecie. Ceglana trzypiętrowa kamienica przy 770 Eastern Parkway na brooklyńskich Crown Heights, gdzie przez prawie pół wieku Rebe spotykał się z wiernymi na wspólnej modlitwie, studiach i szabatowych farbrengens, stała się centralą ruchu, skąd wyruszają w świat szlichim (emisariusze), unosząc ze sobą słowa Tory i zapowiedź rychłego nadejścia Mesjasza.

        Dziś Chabad ma szlichim w około 110 krajach, nie tylko tych, w których znajdują się duże społeczności żydowskie, jak (pomijając Izrael i USA) Argentyna, Australia i Rosja, ale również w egzotycznych dla Żydów częściach globu. Wyjątkiem są kraje arabskie i Polska. W sprawie tej ostatniej problemem jest interpretacja słów Rebego, który rzekomo zakazał chabadnikom podróży na "największy żydowski cmentarz". Część lubawickich chasydów rzeczywiście przestrzega zakazu, inni twierdzą, że nigdy takiego nie było, a sędziwy Rebe po prostu wykazywał sceptycyzm co do możliwości odrodzenia religijnego życia żydowskiego nad Wisłą. Tak czy inaczej, Chabad w Polsce nie działa, a obecny dyrektor Fundacji Laudera w Warszawie, rabin Joseph Kanofsky, choć sam chabadnik - ruchu oficjalnie nie reprezentuje.

        Lubawickich chasydów w czarnych marynarkach i takich samych kapeluszach stylizowanych na kowbojskie widuje się niemal na każdej "żydowskiej ulicy" w miastach Europy i innych kontynentów. Są na praskim Josefovie, w budapeszteńskiej VII Dzielnicy, na paryskiej Rue des Rosiers, w weneckim Ghetto Nuovo, na jerozolimskim deptaku Ben Jehuda, na telawiwskim Tajelet, nowojorskiej Lower East Side... Kiedy jest ciepło, rozstawiają stoliki z broszurami, a przede wszystkim wyłapują z tłumu potencjalnych żydowskich przechodniów (mężczyzn, rzecz jasna): Hello, excuse me, are you Jewish? Yes? Did you put tefillin today? No? LetŐs try! ThereŐs nothing more important! (Cześć, przepraszam, czy jesteś Żydem? Tak? A założyłeś dzisiaj tefilin? Nie? To spróbuj! Nie ma ważniejszej rzeczy!). Kiedy indagowany przyzna się do żydowskiego pochodzenia, a nie wygląda na człowieka, który spędza dzień w bożnicy, lubawiccy chasydzi rozpoczynają dyskusję, stosując argumentację w gruncie rzeczy podobną do używanej przez misjonarzy protestanckich i namawiając do dokonania tszuwy, powrotu do judaizmu. Z jedną oczywiście różnicą: oni nigdy nie prowadzą działalności wśród nie-Żydów. Jeśli ktoś nie jest Żydem, wystarczy, by to chabadnikom powiedział. Przeproszą za zabieranie czasu i życzą miłego dnia. W niektórych miastach Ameryki chabadnicy rozpoczęli działalność również wśród przechodniów-kobiet. świeckim Żydówkom rozdają szabatowe świece i kalendarze z zaznaczonymi godzinami ich zapalania pod daną szerokością geograficzną.

        Ale działalność Chabadu nie ogranicza się do typowych żydowskich dzielnic w miastach Europy, Ameryki i Izraela. W Nepalu i Indiach, dokąd chętnie przyjeżdżają na wakacje Izraelczycy, Chabad wynajmuje sale bankietowe w hotelach, by żydowscy turyści - często zupełnie niereligijni - mieli gdzie spędzić wieczerzę sederową. Podobnie dzieje się w Kenii i Boliwii, dokąd po ukończeniu zasadniczej służby wojskowej jadą często na pół roku izraelscy rezerwiści, w Hongkongu, gdzie stale kręci się wielu żydowskich biznesmenów, albo na Dżerbie - tam Chabad wspomaga niewielkie już środowisko "żydowskich autochtonów".

        Krytykowani czasem za natręctwo, za "przekabacanie" świeckich na judaizm w zamian za udzielenie im pomocy humanitarnej, chabadnicy reklamują religijną żydowskość na wielkich amerykańskich lotniskach i dworcach kolejowych; dbają o stworzenie świątecznej awira, atmosfery, rozstawiając gigantyczne świeczniki chanukowe z logo organizacji w widocznych miejscach, jak np. Washington Square w Nowym Jorku, promenada przed Białym Domem albo plac Syjonu w Jerozolimie. Akcja ze świecznikami rozpoczęła się w Ameryce jeszcze w latach 70. Lubawiccy chasydzi świetnie wyczuli nastroje wśród świeckich nawet Żydów, przytłoczonych często wszechobecnym Bożym Narodzeniem i szukających akcentów Chanuki na ulicach. Dziś mało kto się dziwi, widząc w grudniu w amerykańskim miećcie przystrojoną światełkami choinkę, której towarzyszy ośmioramienny świecznik.

        To wszystko łatwiejsza część działalności. Znacznie trudniejsza jest służba w krajach, w których kiedyś kwitło życie żydowskie, a później, na skutek Holokaustu czy (jak na terenach byłego ZSRS) przymusowej ateizacji, niemal całkiem zamarło. W głębi Rosji, na Syberii, w Kazachstanie, misje Chabadu są często jedynymi placówkami żydowskimi albo wręcz jedynymi instytucjami
- poza namawiającymi do emigracji do Izraela przedstawicielami Agencji Żydowskiej - do których miejscowi Żydzi mogą się zwrócić o pomoc.

        Służbę emisariuszy Chabadu pełni dziś około czterech tysięcy młodych żydowskich małżeństw, ponad tysiąc zjeżdża do Nowego Jorku na coroczne, wydawane w listopadzie bankiety. W samych tylko krajach b. ZSRS Chabad ma ponad 150 pracowników w 55 miastach; jest to ich jedyne zajęcie, za to przez całą dobę. Służy im wszystkim pomocą armia ponad 50 tysięcy nauczycieli, menedżerów i ekspertów, którzy pracują w niemal trzech tysiącach rozmaitych placówek na całym świecie: jesziwach, szkołach, obozach młodzieżowych, klubach, koszernych stołówkach, bibliotekach. Do szkół Chabadu uczęszcza około miliona żydowskich dzieci (8 tys. w b. ZSRS). Lubawiczerowie inwestują w infrastrukturę. Nowe, zbudowane często za miliony dolarów budynki powstają w Buenos Aires, Moskwie, Krasnojarsku, Paryżu.

        Pieniądze pochodzą z rozmaitych źródeł: w bogatszych miastach na nową szkołę czy synagogę składają się członkowie lokalnej żydowskiej społeczności; na przedsięwzięcia w Rosji stworzony został w Ameryce oddzielny fundusz. Co ciekawe, większość prywatnych donatorów to Żydzi nieortodoksyjni, a nawet świeccy, którzy wolą przeznaczyć pieniądze na dobrze funkcjonujące przedsięwzięcie. Dla wielu ortodoksów, którzy nie lubią lubawickich chasydów (przede wszystkim ze względu na domniemanie, iż uważają oni ostatniego Rebego za Mesjasza), Chabad jest mimo wszystko jedyną w dzisiejszym świecie organizacją żydowską, która zapewnia religijną edukację w wielu krajach i utrzymuje setki niezbędnych instytucji charytatywnych.

        Chabad rozwija się też doskonale w przestrzeni wirtualnej. Internet sam w sobie nie jest groźny, podobnie jak telewizja satelitarna czy wideo. Ważne jest to, jakim celom służy, dobrym czy złym - uważają lubawiczerowie, a pozytywny stosunek do nowoczesnych technologii wyróżnia ich w ultraortodoksyjnym chasydzkim świecie, gdzie wszelkie nowinki postrzegane są jako zagrożenie. Sam Rebe chętnie nauczał Tory przez radio już w latach 60., w latach 80. farbrengens, czyli spotkania cadyka z wiernymi, bywały transmitowane w telewizji, jeśli wypadały w dzień powszedni. Telemosty z filiami Chabadu w Melbourne, Londynie i Izraelu budowały poczucie rodzinnej wspólnoty. Każdy chasyd, choćby mieszkał na drugim końcu globu i nie mógł podróżować, miał okazję zamienić kilka słów z Schneersonem, albo przynajmniej zobaczyć, co dzieje się na Crown Heights. Od kilku lat Chabad transmituje na żywo zapalanie świec chanukowych w największych miastach świata.

        Strona www.chabadonline.com dostarcza wszelkich wiadomości na tematy żydowskie. Można tu poradzić się rabina, przeczytać komentarz do Tory, przejrzeć listę koszernych produktów, zapoznać się z historią ruchu, a nawet wysłać kwitlech - karteczki z życzeniami, które specjalnie oddelegowany do tego pracownik zaniesie na grób Menachema Schneersona. Odwiedza stronę milion osób tygodniowo; w szabat jest niedostępna. Oprócz tego Chabad ma własne wydawnictwo - Kehot Publication. Z logo organizacji ukazują się komentarze do Tory, Talmudu, Tanja, prace ostatniego Rebego, modlitewniki, biografie cadyków, dzieła historyczne, książeczki dla dzieci. Kehot Publication wydało łącznie książki, broszury i inne materiały edukacyjne w nakładzie stu milionów egzemplarzy, w dwunastu językach.

        Chabad nie unika też żydowskiej polityki. Lubawicccy chasydzi są głównym rozgrywającym w Federacji Gmin Żydowskich Wspólnoty Niepodległych Państw, która służy jako parasol dla ponad 80 gmin i pozostaje w konflikcie ze starymi strukturami żydowskich organizacji w Rosji. Ale to na imprezach Chabadu bywa prezydent Władimir Putin. Jeszcze za życia Rebego Schneersona w "770", jak w skrócie nazywa się siedzibę lubawiczerów, bywali znani politycy: premierzy Izraela Begin, Netaniahu, Peres i Szaron, żydowscy członkowie Kongresu USA, ale także np. przyszły burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani, sam rzymski katolik. Dziś z liderami ruchu chętnie spotykają się prezydenci (zrobili tak Clinton i Bush junior).

        Przedstawiciele Chabadu szczycą się tym, że ze swoimi programami edukacyjnymi są w stanie dotrzeć do 10 milionów Żydów - oznacza to, że trzech na czterech Żydów na świecie ma kontakty z chasydami z Lubawicz. Ale prawdziwa siła leży nie w publikacjach, lecz właśnie w emisariuszach. Nawet ci, którzy chabadników nie lubią, muszą przyznać, że Chabad dysponuje największą żydowską armią na świecie, armią uzbrojoną rzecz jasna nie w karabiny, lecz w słowa Tory. W realizacji swojego projektu naprawy świata ortodoksyjny Chabad działa trochę jak organizacja rewolucjonistów albo hippisów (hippisowska rewolucja końca lat 60. także wywarła wpływ na obecny kształt lubawickiego ruchu). Większość szlichim to młodzi ludzie. Najchętniej widziane są małżeństwa tuż po dwudziestce, które po odebraniu instrukcji i pełnomocnictw na Brooklynie, biletu w jedną stronę i sumy w wysokości niewielkiej rocznej pensji, skłonne są jechać gdziekolwiek, by w często fatalnych warunkach służyć innym. Po roku muszą zacząć sobie radzić sami, zorganizować sieć donatorów, otrzymać pracę w lokalnej gminie żydowskiej - choć zawsze mogą liczyć na wsparcie "centrali".

        W ciągu ostatnich kilkunastu lat stał się Chabad doskonałym przedsiębiorstwem, w pełni dostosowanym do potrzeb globalnej wioski. Lubawiczerowie są tym dla judaizmu, czym McDonald dla gastronomii - narzekają ich przeciwnicy. Trudno znaleźć miejsce, w którym ich nie ma. Jak dotąd (może poza "kwestią mesjańską") trudno kwestionować program organizacji, nie mówiąc o zaangażowaniu jego misjonarzy. Czy przyszłość judaizmu należy do grupy z Brooklynu? Być może tak, zwłaszcza w krajach, gdzie tradycyjne organizacje żydowskie są słabe, albo istnieją w postaci szczątkowej. W Stanach czy Izraelu Chabad ma wielu wrogów. Większość amerykańskich Żydów z konserwatywnych i reformowanych kongregacji niechętnie spogląda na chasydów w czarnych kapeluszach. Choć i oni muszą często przyznać, że tylko ortodoksyjny judaizm przeciwdziała asymilacji.

        Lubawiczerowie bronią się, że wcale nie namawiają wszystkich Żydów, by zostali chasydami, choć z drugiej strony nie ukrywają, że ich droga jest najlepszą, jaką może wybrać Żyd. Przede wszystkim uwrażliwiamy ich, pokazujemy, że każda micwa, nawet pojedyncza, jest istotna - mówią. - Kiedyś sami Żydzi zechcą żyć wedle nakazów Tory.

Na podstawie artykułu Sue Fishkoff
Black Hat Blitz z miesięcznika "Moment"
oraz książki tej samej autorki
pt. The RebbeŐs Army.





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.