Logo Midrasza


  Anna Frajlich
Wspomnienie

          Dwa lata temu, kiedy od Sławomira Jacka Jurka, badacza literatury z KUL-u, otrzymałam jego znakomitą monografię poświęconą motywom judaistycznym w poezji Arnolda Słuckiego pod tytułem Lotny trud półistnienia, przypomniałam sobie, że kiedyś w latach siedemdziesiątych starałam się napisać kilka słów wspomnienia o bardzo przelotnych i ulotnych spotkaniach z tym poetą. Wówczas jednak mało kto na emigracji był tym zainteresowany i sama dziwiłam się, że jeszcze znalazłam te notatki sprzed ery komputerowej, kiedy redakcji tekstu dokonywało się przy pomocy nożyczek i taśmy klejącej. Nie jest to prawdziwe wspomnienie, bo prawdę powiedziawszy, jak można wspominać kogoś, kogo się prawie nie znało. Ale jest to wspomnienie wspomnienia.

        W marcowej "Twórczości" ostatnie wiersze Słuckiego. W trzy lata po Śmierci. Piękne i smutne. Przeczytałam kilka razy. Anna Kamieńska pisze: "Od czasu jego rozpaczliwej decyzji wyjazdu, a potem czasu jego Śmierci wyrosła między nami jakby Ściana milczenia. A przecież czas już przełamać to milczenie i przypomnieć jego poezje, przypomnieć Arnolda jako człowieka".

        Nie mogę nawet powiedzieć, że znałam Arnolda Słuckiego. Widziałam go kilka razy, dwa razy z nim rozmawiałam. Nie starałam się tych rozmów zapamiętać, zapisać. Był w Warszawie i ja tam byłam. Wydawało się, że będzie tak zawsze i zawsze będzie można wejść do kawiarni Związku Literatów i poprosić go o rozmowę. Bardzo chciałam przyjść do niego ze swoimi wierszami. Odwlekałam to i w końcu nigdy nie poszłam. Nie znałam więc Arnolda Słuckiego, a teraz, kiedy czytam jego ostatnie wiersze - piękne i smutne - te nic nie znaczące słowa podpływają nagle do brzegów pamięci, jak liście opadłe na powierzchnię stawu...

        Był grudzień 1966 roku. Nieco przypadkowo znalazłam się w tym pociągu. Jechał z Warszawy do Krakowa, a w nim pisarze, poeci, znawcy literatury. Niezwykli pasażerowie. W przedziałach, na korytarzu i przy bufecie, gdzie można było kupić herbatę lub kawę. Tam właśnie przy bufecie zobaczyłam Słuckiego. Nie wiedziałam, że to on i nie pamiętam, jak się dowiedziałam. Pewnie już w Krakowie na walnym zjeździe Związku Literatów, na który wszyscy jechali.

        Jakiś czas potem "Nasz Głos" zaproponował mi napisanie recenzji tomiku żydowskiego poety Eliasza Rajzmana. Książka miała się ukazać po polsku w przekładzie Słuckiego. Wiersze Rajzamana czytałam już przedtem w przekładach innych. Ale sam autor przywiązywał największą wagę do tłumaczeń Słuckiego. I to nie tylko dlatego, że Słucki tłumaczył z oryginału.

        Ponieważ redakcja chciała mieć tę recenzję jak najwcześniej, udałam się do Słuckiego z prośbą o pożyczenie maszynopisu. Siedział w kawiarni Związku Literatów sam przy stoliku. Zaprosił mnie na górę do swego mieszkania. Tak byłam onieśmielona samym tym faktem, że niewiele zapamiętałam. Duży jasny pokój i okrągły stół, przy którym siedzieliśmy.

        Niestety nie mógł mi pożyczyć kopii, miał tylko jedną prócz tej, lub tych, oddanych do wydawnictwa. Rozmawialiśmy trochę o Rajzmanie. A potem znów nie pamiętam w związku z czym Słucki powiedział:
- Tu, naprzeciw mego okna jest okno Brezy. Czasem widzę, jak pracuje. Chodzi, chodzi po pokoju, nieraz 45 minut, potem siada na kilka minut i pisze. Może jedno zdanie, potem znów wstaje i chodzi.

        Powiedział, abym zgłosiła się do niego później, chętnie pożyczy mi "jaskółkę". Nie zgłosiłam się, bo wkrótce potem ukazała się recenzja Bieńkowskiego w "Kulturze", a tomik dostałam z redakcji. Napisałam, nie przykładając się zbytnio, może zbyt sucho lub w pośpiechu. Wiem, że Rajzman nie odezwał się do mnie po tej recenzji. A może chciał napisać i zapomniał, może, może... Tego też już się nie dowiem.

        Drugi raz rozmawiałam ze Słuckim w "Delikatesach" na placu Zamkowym. Z kolejki po masło zobaczyłam go przy dużym oknie w rogu sklepu. Zdobywszy swoją kostkę podeszliśmy z mężem do niego. Wkrótce potem podeszła z kolejki jego żona. Zapytał mnie o pracę i jakoś zeszliśmy na temat "Naszego Głosu" i Józka S. Józek pracował w redakcji od lat i czuł się tam w swoim żywiole, ale ponieważ miał politechniczne wykształcenie, od czasu do czasu zaczynał "straszyć" kolegów, że odejdzie do przemysłu. O tym właśnie zaczęliśmy mówić, bo jak się okazało, żona Słuckiego też go znała.

        Musiałam powiedzieć coś o podciętych skrzydłach, że jakoby praca w przemyśle miała mu podciąć te skrzydła. Żona Słuckiego żywo zaprzeczyła.
- O nie, tam właśnie mógłby dopiero je rozwinąć!

        I zdaje się, że powiedziała coś o wyjeździe, że Józek najlepiej by zrobił, gdyby wyjechał. Słucki milczał i po chwili pożegnaliśmy się.

        To był już okres wyjazdów i co jakiś czas, najpierw rzadziej, a potem częściej biegliśmy na Dworzec Gdański, aby kogoś pożegnać. Znajomych dalszych i bliższych, a czasem bardzo bliskich. Zawsze tak samo, biegliśmy z jakąś bombonierką, drobiazgiem z Cepelii lub zabawką dla dziecka.

        I z biegiem czasu coraz więcej znajomych, drogich twarzy widziało się tam, za szybą przedziału.

        Pociąg do Wiednia uwożący "syjonistów" odchodził wieczorem. Lato oddalało się i mrok zapadał coraz wcześniej.

        Nie pamiętam już, kogo odprowadzałam, kiedy usłyszałam nagle:
- Patrz, tam w oknie jest Arnold Słucki. Słucki wyjeżdża.

        I tak widziałam go ostatni raz, tak samo jak pierwszy - w pociągu. Tylko tym razem ja byłam na peronie. Jeszcze byłam na peronie, a on zza szyby pociągu patrzący na to miasto, do którego nie miał już wrócić.

(ok 1975)





 (C) Midrasz 1998 - 2001. Wszelkie prawa zastrzeżone.